piątek, 26 września 2014

Zakończenie sezonu...

W tych zaroślach na szczęście były metrowe
przerwy, dało radę łowić ;-)
W dzisiejszym wpisie kilka spraw... 
Po pierwsze. Zakończyły się Gruntowe Mistrzostwa Koła Haczyk, zakładałem "pudło", zakończyło się na 7 miejscu (na 16 startujących). Wyniki były tragiczne, ja miałem 240 punktów (2 ryby), zwycięzca 1 320pkt. Aby wskoczyć na podium należało mieć ciut ponad 625pkt. Ryby w ogóle nie chciały współpracować (podobno słaby rok, a może ich tam nie ma?), a brania (miałem może w sumie z 4) były z tych 1-sekundowych, prawie nie do zacięcia. O mały włos może i udałoby się zrealizować cel, jakieś 30min przed końcem zawodów miałem zaciętego sporego leszcza, niestety po 2-3 sekundowym holu i krótkiej pracy hamulca ryba się odhaczyła... No cóż, pech, przypuszczam, że leszcz mógł mieć co najmniej pół kilo jak nie więcej, zostało sporo śluzu na przyponie.

Sprawa numer dwa. Zakończył się cykl Spławikowego Grand Prix Okręgu PZW Lublin. Z 5 dwuturowych zawodów wziąłem udział jedynie w 2, także wynik jest słaby, bo nie ma innej możliwości przy opuszczeniu takiej ilości startów ;-) Na początku sezonu byłem chory, przedostatnie zawody przełożyli na termin, który mi wybitnie nie pasował... Nie było już szans na walkę o "15", więc z kolejnych zawodów sam zrezygnowałem by pomóc młodym klubowiczom w sektorze junior/kobieta. Aśka zaliczyła swój debiut w GPO, nie udało się jej "wyprzedzić" żadnego z młodych zawodników, ale nie o to chodziło.
Szybkie łowienie najwszechstronniejszego
juniora w Okręgu!

Jest przetarcie, było kilka uwag poprawiających technikę, kolejny sezon też będzie z naciskiem na naukę, a nie wynik. Natomiast Grzesiek utrzymał fotel lidera wśród juniorów, a tydzień później już pierwszą turą ostatnich zawodów zagwarantował sobie zwycięstwo w całym cyklu! Ostatnia tura (może dlatego) wyszła nieco słabiej, ale i tak z przewagą 1 (!!!) punktu sektorowego zwycięża w całym cyklu! Brawo Gelu, tego się chyba nikt nie spodziewał ;-) Bardzo dobry sezon, zwycięstwo w GPO i 2 miejsce w juniorskich MO ;-) Za rok ostatni sezon w juniorach, czy uda mu się powtórzyć taki sezon? Zobaczymy...

Sprawa numer trzy, kończąca sezon 2014 definitywnie (chociaż jest jeszcze wrzesień). Po raz kolejny mam poważną kontuzję kolana, tym razem łąkotka.... Jesienny spinning odpada, wycieczka z kołem odpada, jesienna odległościówka odpada - to tyle z rzeczy wędkarskich, nie wspominając już o całej, ważniejszej zresztą reszcie... W listopadzie operacja, później rehabilitacja, może przed marcem uda się stanąć na nogi. Oby...

piątek, 5 września 2014

Zawody "Zdzicha"!

Pod koniec sierpnia miały się odbyć zawody o Puchar Puław, zaliczane go Spławikowego Grand Prix Okręgu. Organizator jednak postanowił przenieść zawody na połowę września. W utworzoną "dziurę" szybko dopasował się Bogdan Wąsik organizując zawody "Puchar Burmistrza Miasta Ryki", które były prawdziwym pokazem tego jak zawody spławikowe powinny przebiegać. Łatwość organizacyjna i błyskawiczne działania na pewno niejednego powaliłoby na nogi. W ekspresowym tempie znalazł się sponsor główny - Burmistrz Miasta Ryki p. Jerzy Gąska (który również wystartował w zawodach, bo okazało się że to również "wyczynowiec pełną gębą"), a swoje dołożyli m.in. firma "Spin-Pol Maver" Adam Kruk, firma "Stynka" Tomka Iwanowskiego, dom weselny "Mila", lakiery samochodowe "Standox", drukarnia "Elko" czy koło Czysta Woda w Rykach. Warto zauważyć, że już po 1 dniu zapisów 90% miejsca na liście startowej było zaklepane - organizator przyjął, że zawody odbędą się maksymalnie przy udziale 30 osób. Miejscem rozegrania zawodów było dla wielu osób nowością - mieliśmy walczyć na przyujściowym odcinku rzeki Wieprz do Wisły, niedaleko Dęblina. Ci co jeździli na treningi byli zachwyceni - piękny, dziki krajobraz, mnogość ryb różnych gatunków, no łowisko wręcz idealne. Niestety... jak to często bywa, w dzień zawodów przychodzi nagła zmiana pogody - było zimno i ciągle padał deszcz. Prawdopodobnie (nie sprawdzałem) również ciśnienie spadło znacznie, a to musiało się odbić negatywnie na braniach ryb. Tylko nieliczni zawodnicy mieli pojedyncze brania pod tyczką, nawet Ci, którzy złowili tak kilka ryb mówili, iż były one przypadkowe, trudno było określić co akurat na nie podziałało ;-) Tak po prostu pewnie przepływały ;-) I mi się udało złowić jednego, jedynego krąpika  tyczką i tyle... Zawody rozpocząłem od uklejówki, bo i również taką metodą można było na treningach pokusić się o duży wynik. Zachmurzone niebo i padający deszcz... to nie są idealne warunki na ukleje, przez pierwsze pół godziny nie miałem nawet brania, zresztą kolega łowiący obok również "pod nogami" miał identycznie. Wyjeżdżając tyczką i łowiąc tego krąpika myślałem, że może MI akurat weszły - nie weszły ;-) Mijała godzina zawodów i dochodziły do mnie już pierwsze informacje - wszędzie nieoczekiwana LIPA. W tym momencie kolega obok łowi 3 uklejkę... Wracam do uklejówki i po chwili mam pierwszą mikro uklejkę. Co mniej więcej 30 minut wracałem na kilka przepłynięć tyczką, ale bez efektów. Zresztą ukleja też nie brała rewelacyjnie, udało się "wyskrobać" trochę ponad 500 punktów, co w sumie dało mi 13 miejsce. Zwyciężył Tomek Iwanowski, łowiąc głównie ukleje (on jest w tym prawdziwym mistrzem) z wynikiem troszkę ponad 1500pkt. Na drugim i trzecim miejscu zawodnicy otwierający i zamykający stawkę z kilkoma rybami spod tyczki. Warto również dodać, że główny sponsor - Burmistrz Ryk uplasował się w czołowej "10" zawodów! No pięknie, za plecami wielu uczestników Grand Prix Okręgu Lubelskiego!
Organizacja na medal. Złoty. Równe stanowiska, fajne nagrody (dla wszystkich, nawet "pomagierów" w organizacji), taśma oddzielająca zawodników od ewentualnych kibiców (wiadomo, że czasami się zdarzy przechodzeń bądź inny wędkarz), super atmosfera, sprawne losowanie i ważenie oraz wiele, wiele dobrego humoru. Wyniki były słabe, niektórzy (jeżdżący na wcześniejsze treningi), nie mogli uwierzyć, że pogoda mogła aż tak wpłynąć na łowisko, gdzie niemal co przepłynięcie jakaś ryba pojawiała się na haczyku. A ryby podobno przeróżne, od krąpi i leszczyków, po sapy, rozpióry, jazie czy klenie. Bliskość Wisły powoduje, że właściwie spodziewać się można KAŻDEJ ryby, to duży plus łowiska. Mimo tych słabych wyników nie widziałem ani jednej twarzy, na której nie byłoby uśmiechu! A przez całe zawody i czas na przygotowanie padał deszcz! Także łatwo nie było.
Brawo Bogdan "Zdzichu" Wąsik - pokazałeś jak się robi zawody i jakie powinno być do nich podejście. Pełen profesjonalizm. Czekamy na kolejne tego typu, udział w takich zawodach to czysta przyjemność!


A w niedzielę przypomnę sobie jak się łowi na koszyczek ;-) Przede mną Gruntowe Mistrzostwa Koła PZW Haczyk. Kiedyś kiedyś ta metoda była mi bliska, właściwie była to moja jedyna metoda jaką się posługiwałem, a wtedy tyczka, cały ten sprzęt, przygotowania... wtedy pojawiał mi się jedynie ironiczny uśmieszek na twarzy ;-) Od 5 lat startuję w większości zawodów mistrzowskich koła, a chyba jeszcze nigdy nie byłem w pierwszej "3". Pora to powoli zmieniać ;-) Pora na poważnie startować w tego typu zawodach, jak wyjdzie? Przekonamy się w niedzielę!

wtorek, 2 września 2014

Urlopowe wędkowanie cz.3

 Podczas tegorocznego urlopu po raz pierwszy wędkowałem na jeziorze Lipieniec. Brzegi jeziora są mocno zarośnięte, właściwie jest tylko kilka "dziur" z których można wędkować. Wysokie trzciny i otaczający las znakomicie maskują to łowisko, które... wydaje mi się, że nie jest mocno odwiedzane przez wędkarzy. I to już mi wystarczało - musiałem sprawdzić co tam pływa ;-) 
Tradycyjnie spławik zamontowałem przelotowo - stosuję zwykłe  wagglery, którzy inni montują na stałe. Ja wybieram te, które mają wiele zdejmowanych krążków, następnie zdejmuje tyle, aby na żyłkę dać w granicach 3-4 gram, to przeważnie w zupełności wystarcza. Przy gruntowaniu zdejmuję wszystkie krążki po to, aby spławik jak najszybciej pojawił się na powierzchni. Po zarzuceniu wstępnie oznaczam odległość łowienia. Nie napinam żyłki - musi być luźna, aby spławik wypłyną dokładnie pionowo. Dopiero jeśli się pojawi, zwijam i powoli "zjeżdżam" z żyłkowym stoperem niżej, aby znaleźć głębokość. Gdy już ustaliłem głębokość we wstępnym miejscu łowienia, za pomocą stopera reguluję głębokość i sprawdzam ułożenie dna kilka metrów przed, za i w boki od wstępnego miejsca. Dopiero wtedy wybieram ostateczny punkt łowienia, zaznaczam markerem na żyłce, przeciągam w odpowiednie miejsce stoper i ostatecznie gruntuję - dla pewności. Gruntuję od razu z przyponem, a na haczyk zaciskam dużą śrucinę. Okazało się, że miejsce w którym będę łowił ma troszkę ponad 4 metry. Czy aby nie za głęboko? Zobaczymy...


Już po niecałych 10 minutach pierwsze branie i... siedzi! Pierwszą rybą 
okazuje się płotka, na oko z 15 centymetrów. Po kilku kolejnych minutach kolejne branie, to już jest większa rybka. Wysoko pionowo podnoszę kij, staram się trzymać rybę jak najdalej od dna - jest tutaj sporo podwodnego zielska, miękkiego, ale zawsze może spowodować to stratę ryby. W związku z tym, że siedzę krzesełkiem w wodzie podbieram rybę ręką - piękna płoć! Na pewno ma z 200 gram, rzadko takie łowię.
Na rozpoznawcze łowienie miałem niewiele czasu, może z 2,5 godziny. W tym czasie miałem kilkanaście ponad 25 centymetrowych płoci, kilka "nastek" i tylko 2, całkiem niezłe koluchy. Liczyłem, że przy tak "opustoszałym" jeziorku rybą dnia będzie: koluch, mikro krąp czy karaś srebrny - czyli szara rzeczywistość coraz częstsza na jeziorach PZW.
Do samochodu wracam zadowolony z 2 powodów - udało się połowić odległościówką jak i udało się złowić fajnych płoci. Za kilka dni pojawię się tu ponownie... zobaczymy, czy skuszę je bliżej brzegu!
 Trzy dni później to samo miejsce, inna metoda - łowię 7 metrowym batem, a koszem ustawiam się maksymalnie daleko w wodzie. Sięgam głębokości 1,5 - 1,7m czyli jest OK, w dodatku nie wyciągam zielska na haczyku. Tym razem w przeciwieństwie do ostatniego wędkowania tutaj zanętę SARS Lin/Karaś mieszam pół na pół z zanętą tej samej firmy - Grand Roach. Gliny te same, argilla Gienka oraz odrobina glinki Extra Górka. Ryby były - bez (ponownie) 2 koluszków same płotki. Niestety, takiej ponad 20 centymetrowej nie udało się złowić. Ponownie około 2,5h łowienia i 3kg w siatce! Całkiem nieźle, jak na rekreacyjne łowienie - jest potencjał, uzbrojonym "po zęby" można by tu ładnie śmigać tyczką bądź dłuższym batem.

Powoli zbliża się koniec urlopu - pogoda dopisała, a mi udało się średnio co 3 dni być na rybach - może nie były to długie wypady, ale na pewno tego mi trzeba było ;-) Szkoda tylko, że łowienie w rzece nie było takie jakie planowałem, ale z naturą nie wygram...

O mały włos, a podczas urlopu nie odwiedził bym mojego "sztandarowego" łowiska w tej okolicy - jeziora Glinki.
 Dzień przed wyjazdem pojawiłem się skoro świt z odległościówką, prognoza pogody nie wróżyła za dobrej pogody, ale i tak przez całe 2 tygodnie było wręcz idealnie. Słońce dopiero co wychodziło zza lasu, piękny widok. Szybkie rozkładanie sprzętu i... deszcz? Momentami tak lało, że musiałem przyhamować przygotowania i schować się pod parasolem, gdy tylko deszczyk zmienił się w drobne kap-kap zacząłem nęcić.

 Pogoda tego dnia dawała popis, raz padało mocniej, raz mniej, raz wiało, raz przecierało się słońce. Zapewne ciśnienie też musiało skakać, ryby żerowały chimerycznie i nierówno - były okresy dobrych brać, by po kilku minutach nastawała kilkunastominutowa cisza. Łowiłem standardowe, tutejsze ryby, czyli głównie krąpiki, ale były też wzdręgi, płotki, może ze 2-3 uklejki. Większych leszczy zabrakło. Udało się przechytrzyć kilka takich około 25-30 centymetrowych, ale to nadal kwalifikuje się jako leszczyk.
 Ryby bardzo dobrze reagowały na donęcanie mocno mięsnymi kulkami gliny, cięty czerwony plus kilka białych i pinki. Na Glinkach nie należy zapominać o kukurydzy, jest to bardzo dobra przynęta jak i zanęta - nie raz zakładając na haczyk kukurydzę wygrubiałem ryby łowiąc je batem blisko brzegu.
Zanęta - standardowo jak przez cały urlop. SARS z którego jestem bardzo zadowolony, w pełni spełnił moje oczekiwania co do zanęty. Tym razem użyłem jasnej, słodko-piernikowo pachnącej Grand Bream z
dodatkiem około 20% Lin Karaś. Właśnie zanęta Lin Karaś jest dla mnie największym zaskoczeniem. Już dawno nauczyłem się nie zwracać uwagi na nazwy zanęt - patrzę na granulację, skład (jeśli potrafię coś wyłapać), kolor, zapach i pracę. Ciemno brązowa, o zapachu czekolady, niepracująca i obsypująca się zanęta Lin Karaś okazała się znakomitym "dopalaczem", szczególnie na większe płotki.

Następnym razem w tych okolicach pojawię się już raczej ze spinningiem, a że spinningista ze mnie "niedzielny" nie oczekujcie zdjęć z rybami ;-) Ale jeśli jakiekolwiek się trafią i będzie mi dane pomachać sztucznymi przynętami - na pewno o tym napiszę ;-)

sobota, 9 sierpnia 2014

Urlopowe wędkowanie cz.2

Mini stanowisko uklejowe
Po raz trzeci wybrałem się na przygraniczny Bug przypomnieć sobie pewne "nawyki" uklejowe. Jest to metoda, którą stosuje bardzo rzadko - specyfika łowisk okręgu lubelskiego właściwie ją wyklucza. Jedynym łowiskiem typowo uklejowym jest Osadnik w Puławach (zresztą bardziej w czasie przeszłym, a i w samej Wiśle w Puławach ukleja raczej ratuje już tylko przed zerem, a nie jest głównym celem. To, że sporo uklei jest na włodawskim odcinku przekonałem się w poprzednich 2 wypadach ;-) Także taki mini trening na pewno się przyda - mini, gdyż czasu na same łowienie miałem tylko godzinę. Niemal w samo południe ostatniego dnia upalnego lipca byłem już gotowy - co rzadko mi się zdarza, wszystko udało mi się zabrać za jednym razem ;-)
Liczba małych, srebrnych rybek mnie zaskoczyła - właściwie każde zarzucenie zestawu kończyło się braniem, nie zawsze skutecznie zaciętym (na początku łowienia). Po kilku minutach skuteczność ta się poprawiła, należało jedynie wyczuć siłę, szybkość oraz kierunek zacięcia. Do wody poszła niecała paczka zanęty Ukleja z jedwabnikiem firmy SARS oraz paczka glinki Extra Górka. Średnio 2 ryby na minutę lądowały w ręce, a wynik mógłby być co najmniej 2 razy lepszy, gdybym zastosował kilka TYPOWO uklejowych podstaw (na które nie byłem gotowy - "uklejowanie" w ogóle nie wchodziło w grę jako łowienie urlopowe, zmusiły mnie do tego warunki):
- cienka, uklejowa szczytówka na pewno zwiększyła by skuteczność zacięć;
- spławik w kształcie bombki około 0,8-1gr (ja miałem 3gr bombkę z grubą, plastikową antenką i tak wyważoną na 1cm od końca);
- haczyki z długim trzonkiem, umożliwiającym szybkie wyhaczenie rybek;
- twardy, specjalnie przygotowany robak (pinka, duży barwiony), który umożliwia łowienie kilku-kilkunastu ryb bez zmiany (ja po 2-3 rybach na haku miałem miazgę).
 Powyższe punkty to podstawa, bez nich nie ma szans na szybkie i dobre punktowanie uklejami.


Dwa dni później byłem już na Bugu, ale tym razem w miejscowości Zbereże. Może tutaj będzie ciut lepiej?
Tyczkowe podejście trzecie i... ostatnie
Pierwszy rzut okiem na wodę - chyba płytko (jestem tutaj pierwszy raz). W dodatku jest mało miejsc, gdzie można by się rozłożyć, niemal wszędzie są dość wysokie skarpy. Rozkładam się w miejscu, gdzie rozkładany jest most łączący Polskę z Ukrainą przy okazji Dni Dobrosąsiedztwa, które corocznie odbywają się w okolicy. Gruntowanie - niestety, również płytko, nie ma więcej niż 120cm wody, bez znaczenia czy to 13 czy 7 metr. Decyduję się na łowienie w okolicach 10 metra, a do kotła idzie: 2kg Rzeka SARS, 2kg GSM Leszcz Gut-Mix, 4kg gliny wiążącej, 2kg rzecznej i 2kg glinki extra Górka. Zanęta jest mocno "namelasowana", dodaję też więcej niż zwykle pieczywa fluo. Uciąg podobny jak na miejscówce we Włodawie, więc wybieram te same spławiki 8 i 16gram. Z rokaów 0,4L pinki i niemal ćwiartka dużego barwionego, kule mocno sklejam. Do wody idzie niemal połowa, reszta na donęcenie. Kubkiem podaje 3 kulki, które od razu mają mocno pracować (bez bentonitu). Niestety, przez ponad 3 godziny łowienia nie doświadczyłem konkretnej ryby. Chociaż ryby brały jak szalone, to co przepłynięcie meldowała się ukleja. Udało mi się złowić tylko dwie około płotki po około 100gram i mikro krąpika - nic więcej. Paweł, który wędkował ze mną na Bugu przez dwie soboty miał identyczne wyniki.

Niestety, wakacyjno-urlopowe łowienie tyczką na rzece Bug tym razem zakończyło się porażką. Mimo iż udało się za drugim razem złowić 3 fajne jazie oraz dużego leszcza, wiem, że mogło być lepiej. Gdyby tylko było 50-70cm więcej wody, byłby to chyba optymalny poziom Bugu w tych rejonach. Przy takim poziomie rybą numer 1 z całą pewnością byłby krąp, a i upolowanie bonusów w postaci jazi, kleni i leszczy było by łatwiejsze. W tych okolicach łowiłem nie raz, więc mam porównanie - tym razem się nie udało, może za rok? Bo w tym roku, w tym miejscu łowić się już chyba nie uda. Chociaż na samym Bugu powinienem być jeszcze w ostatni dzień sierpnia na ostatnich zawodach PLWS w tym sezonie, ale w tamtym miejscu jest to szybciej łowienie kanałowe, niż rzeczne.

sobota, 2 sierpnia 2014

Urlopowe wędkowanie cz.1

W końcu rozpoczynam urlop! A wraz z urlopem jest okazja, by trochę połowić ;-)) Pierwszy raz wyruszam na Bug w okolicach Włodawy, na miejscu okazuje się, że brakuje trochę wody. Gdyby rzeka była wyższa o 70cm byłoby idealnie. Przy gruntowaniu moje obawy się potwierdzają - jest może 1,20m pod tyczką, będę łowił bez 3 elementów, ponieważ przy takiej odległości jest delikatnie (około 10 cm) głębiej, a przy takim stanie wydaje mi się to dość ważne. Na pierwszy raz przygotowałem się na krąpia, w tym miejscu zawsze go było pod dostatkiem. Zanęta SARS - po 1 kilogramie rzeki i krąpia, do tego 2kg gliny rzecznej, 2kg wiążącej i 2 kg argile. Zakładam spławiki 8 , 12 i 16gr, przy czym 16 prowadzi się zestaw tak wolno, że gdyby dołożyć ciut więcej byłby idealny do stopa. Łowię liśćmi Vimby Darka Ciechańskiego - ten kształt bardzo mi pasuje. Do zanęty dodaje około ćwiartki pinki i można łowić... Na razie cisza, spokojnie, ryby może muszą znaleźć kule. Niestety, niski poziom wody prawdopodobnie gdzieś wygonił krąpie. Łowię tylko jednego wielkości pół dłoni, co jakiś czas na haczyk trafia ukleja. Mniej więcej po 2 godzinach mam agresywne branie, zacinam i p usta guma 2,0 rozciąga się na dobre 4 metry. Hol trwał może 15 sekund, zakończył go zerwany przypon. To mógł byś spory jaź, akurat w tym miejscu jazie są częstym przyłowem. Kolejne wstawienie i kolejne branie - tym razem niezła płoć, na oko ma jakieś 150gram, ponowne wstawienie zestawu i znowu taka sama płoć! Już myślałem, że zacznie się jakieś normalne łowienie, niestety, to było na tyle. Ponownie brała wyłącznie ukleja...

Rewanż na rybach postanowiłem wziąć dość szybko, po 2 dniach zjawiam się ponownie w tym samym miejscu. Tym razem przygotowania nieco inne - 4kg gliny wiążącej Cat-fish i 2kg ciężkiej, rzecznej gliny Gienka. Zanęta to ponownie 1kg rzeka SARS oraz 1kg jaź kleń tej samej firmy. Do tego idzie sporo bułki fluo w kolorze czerwonym i żółtym oraz odrobina słodzika. Tym razem oprócz ćwiartki pinki, do mieszanki poszedł też duży kolorowy 0,25L. Postanowiłem ponad połowę towaru zostawić na donęcenie, a z ręki wrzucić kule mocno sklejone bentonitem oraz nawet gumą arabską, oczywiście w 3 konsystencjach. Jeszcze dobrze się nie rozsiadłem, a po 4 minutach mam ładne przytopienie antenki i... siedzi!!! To jest spora ryba, spokojnie holuję i po kilku chwilach ładny jaź ląduje w podbieraku. Co za początek!!! Po kolejnych kilku minutach kolejny jaź, spokojnie tuż ponad 30 centymetrowy. Kolejna ryba i ta niestety ze mną wygrywa. Znów pęka przypon 0,12mm. Patrze na zegarek - minęło 20 minut, jest dobrze, są emocje, nie ma uklei. Tym razem do kolejnego brania mija około 10 minut, donęcam 2 kulkami mocno sklejonej mieszanki i po chwili kolejny ładny jaź! To już trzeci. Kilka minut branie i.... czuję, że mam rybę dnia. Mocno trzyma się dna, nie szaleje, to jakaś spora ryba. Pusta guma mocno się rozciągnęła, trudno mi ocenić ile metrów ponieważ szczytówkę trzymam tuż pod powierzchnią wody. Widzę wracający łącznik, więc powoli cofam tyczkę. Holuję rybę na 4 elementowym topie (grunt trochę ponad metr), nadal nie wiem co to jest. Ryba pierwszy raz zbliża się do powierzchni, widać tylko złotawą plamę - to nie jest jaź, budową ciała ryba przypomina leszcza. I rzeczywiście, za chwilę ląduje w podbieraku, jego hol trwał dobre 4 minuty, było ciężko bo trudno było oderwać go od dna. Po zważeniu okazuje się, że to mój nowy rekord - 1,7kg i jakieś 45cm. Łowiłem już leszcze o długości troszkę ponad 50cm, ale raczej nie przekraczały one 1,5kg. Niestety. To była ostatnia ryba dnia. Fajne łowienie trwało zaledwie 45minut, po godzinie pojawiły się ukleje, po kolejnej postanowiłem się złożyć. Czy ten trening można uznać za udany? Ryb ciągle mało, krąpi w ogóle nie ma, ale wiedziałem, że tu pojawiają się jazie, na nie się nastawiłem i udało się je złowić. Dodatkowo rekordowy leszcz. W sumie można ten wypad zaliczyć na plus. Niestety, już wiem że raczej nie połowię sobie ryb na rzece. Nie przy takim stanie wody, a szukać nowej miejscówki... Trochę nie mam na to czasu.

W najbliższym czasie sprawdzimy ile jest uklejek w Bugu, siądziemy w końcu (!) z odległościówką, a i jeszcze musi zostać czas na łowienie długim batem. Coś czuję, że spinning i feeder wrócą do domu nietknięte ;-)))

Oczywiście ryby szybko wróciły do wody i odpłynęły mocno chlapiąc ogonami ;-))))