poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Niedosyt po pierwszej turze GPO

Łukasz Gałązka - zwycięzca zawodów
Pierwsza tura Spławikowego Grand Prix Okręgu za nami. Rekordowa liczba zawodników - 78, w tym 8 w kategorii junior/kobieta. Tak duża liczba osób wymusiła na organizatorach stworzenie podsektorów, także tym razem było aż 6 "1" do zgarnięcia, a nie 3 jak w poprzednich latach. Podsektory liczyły od 11 do 12 zawodników.
Wylosowałem sobie stanowisko nr 21 w podsektorze C2 - było to 3 stanowisko od końca zawodów. Oprócz tego, że daleko, bardzo daleko od samochodu to losowanie należałoby uznać za dobre. Zalew Zemborzycki o tej porze roku w czasie zawodów jest bardzo loteryjny, jest kilka dobrych odcinków brzegu, ale jest też kilka, gdzie zawodnicy kończą z maksymalnie kilkoma rybkami w siatce, jeśli nie kończą z zerem. 
Obok Łukasz Gałązka, który powraca do rywalizacji w naszym okręgu po 2 latach nieobecności, zawodnik z czołówki, mimo iż na codzień nie łowi na naszych łowiskach z prostego powodu - jest wędkarzem sąsiedniego okręgu (siedlecki o ile się nie mylę). Jak się później okazuje, Łukasz z wynikiem 12 370 pkt nie tylko wygrywa podsektor C2, ale i całe zawody.
Mój plan na ten dzień był następujący - nęcenie 3 linii, z tym że najbliżej brzegu (w zasięgu 5 metrowego bata) miało odbyć się już w trakcie trwania zawodów. W ciągu 10 minut zanęciłem tyczkę na 9 rur oraz odległościówkę w okolicach 28 metra. Pierwsze minuty pokazały, że będzie ciężko, a po jakichś 10 minutach pierwsza płotka wylądowała w podbieraku. Po kolejnych 10-15 minutach wymiarowy okoń. Przez kilka minut próbowałem łowić batem rzucając 3-4 małe kuleczki. Nic. Pora na odległościówkę. Również nic. W 3 czy 4 rzucie... zrywam zestaw!!! Niemożliwe... Jakiś błąd techniczny, za dużo siły i chyba nerwów. Spławik ląduje jakieś 15m od brzegu, po niecałej godzinie odbieram waglera od zawodnika z 4 stanowiska na lewo ode mnie (czyli odbyło się bez strat). Trzeba kombinować z tyczką, jest bida z nędzą, ale w takiej sytuacji jest każdy (bądź w jeszcze gorszej). Po około 1,5 - 2 godzinach (okazało się, że mój zegarek "wędkarski" przestał działać) od startu w siatce mam 7 ryb - 4 płotki, okonia, krąpia i leszczyka. Całkiem niezły rozrzut. W dodatku w ogóle ryb nie mogę sobie "ułożyć". Za każdym razem branie następuje w innych okolicznościach odnośnie ustawionego gruntu czy wyboru "mięsa" na haku. Dostaję wiadomość, że w całym podsektorze (przynajmniej po lewej stronie) nie jest wesoło, zawodnicy mają przeważnie 0-2 ryby. Łukasz ma 9 ryb. Jest dobrze! Jeśli tak będzie do końca to jest szansa na dobry wynik. Po chwili zauważam branie w kulach i kolejne. Szybko zmieniam na "tradycyjnie zalewowy" grunt, czyli jakieś 3 cm na dnie. Są ryby, ruszyło się, nie jest to szaleńcze tempo 20 ryb na godzinę (jak na to łowisko oczywiście), ale dobre 10-12 ryb. Po chwili zahaczam sporego leszcza, niestety po kilku sekundach schodzi z haka. Trudno. Wstawienie i... znowu??? Tym razem udaje się wyholować leszczyka za jakieś 200 punktów, okazuje się, że ryba jest podhaczona za płetwę. W najbliższych kilkunastu minutach spadają mi jeszcze 2 ryby, zmieniam hak na rozmiar nr16 - do końca zawodów nie mam już żadnego spadu. Idzie mi całkiem nieźle, Łukasz ma ryby ciut częściej i jakby większe... zarówno mój rywal z lewej strony jak i na zamykającym stanowisku łowią podobnie do mnie. Będzie dobrze. Mniej więcej 40 minut przed końcem na 7 złowionych ryb łowię 5 na pół dłoni - bardzo małe. Koniec zawodów, jestem zadowolony, waga i... i szybko dobry humor ucieka. Łukasz ma wagę 2 razy większą i zdecydowanie większe ryby. Na sztuki może było o kilka więcej, oceniam że miało około 40 ryb. Trudno, jest lepszy i trzeba to przyznać, znakomicie wyselekcjonował te większe. Jednak mój humor psuje co innego - okazuje się, że zarówno zawodnik siedzący po mojej lewej ręce jak i na zamykającym mają większe wyniki, a mianowicie ja 5 125 - 5 620 - 5 990. W dodatku zawodnicy Ci jak najbardziej byli w moim zasięgu i nie przewiduję, aby mieli szanse zakończyć sezon w czołowej "15", jeśli w ogóle wystartują w większości tur. Stanowisk lepszych nie mieli, także... porażka. Po pierwszej godzinie kolega z lewej miał 1 rybę. Przy ważeniu widać jednego, około 1kg leszcza, który zrobił różnicę. Ostatecznie zajmuję 4 miejsce w podsektorze co daje mi 19 miejsce na 70 seniorów. Można by powiedzieć, że nieźle, ale... ja nie jestem w ogóle zadowolony. W tych warunkach, na tym stanowisku, zadowolony bym był z miejsca 2-3. Oczywiście mogło być gorzej, ale to już by świadczyło o moim całkowitym zagubieniu na dobrym stanowisku. 
Jakieś wnioski mam, kilka drobnych zmian będzie zarówno w przygotowaniu jak i podczas samego łowienia, ponieważ tura nr2 i nr3 odbędzie się również na Z.Zemborzyckim pod koniec kwietnia. Czy zmiany będą skuteczne? Napiszę po zawodach.
Do kotłów wrzuciłem:
1kg zanęty Sensas Gros Gardons
1kg zanęty SARS Grand Roach
2 kg ziemi torfowej Vimba
2 kg wiążącej Vimba
2 kg argille Vimba
4 kg somme Vimba
z robactwa zużyłem 0,75 litra joka oraz odrobinę pinki.

Pod odległościówkę poszły 3 garści zanęty, paczka argilli i połowa wiążącej. Całość dość dobrze namoczone, tak dobrze, że po jednym ściśnięciu dłonią kulka była gotowa do wystrzelenia. Wrzuciłem tam 0,25L joka i garść pinki. We wstępnym nęceniu poszło około 22-24 kulek. Z mieszanki ziemi i sommy odsypałem 1/3, która była zaplanowana pod bata, jakbym trafił na stanowisko z rybami przy brzegu. Dodałem tam niemal tyle samo zanęty, odrobinę joka i garstkę pinki. Cała reszta miała pójść pod tyczkę we "wstępniaku" i na donęcanie. Pierwszy raz donęcałem około 30 minut od początku zawodów, głównie mieszanką cięższą skierowaną pod odległościówkę, gdy ryby pojawiły się w kulach, donęcałem już mieszanką główną.

29-30 kwietnia kolejne 2 tury ponownie na Z.Zemborzyckim. Zapowiada się podobna liczba zawodników, także pewnie znowu podsektory i... pewnie znowu liczyć się będzie losowanie. Jednak te zawody pokazały, że dobrzy zawodnicy nawet z bardzo słabych odcinków brzegu potrafią zrobić dobry wynik, a nawet wygrać swój podsektor - głównie posługując się odległościówką. Zobaczymy jak wyjdzie, będę chciał powalczyć o czołówkę, ale jak wyjdzie? Okaże się w ostatni weekend kwietnia.

Relacja z 1 tury GPO:





sobota, 15 kwietnia 2017

Ciężkie początki...

9 kwietnia pierwsze zawody na Zalewie Zemborzyckim, zawody które są jednocześnie pierwszą turą z zaplanowanych 11 cyklu Spławikowego Grand Prix Okręgu PZW Lublin. Po połączeniu 3 lig w jedną widać dużą mobilizację wśród zawodników, na starcie powinno być ponad 70 osób! Już dawno nie było zawodów z tak dużą frekwencją jeśli chodzi o GPO.

Grześka okoń - ozdoba treningu
Na 2 tygodnie przed zawodami pojawiłem się z Grześkiem (dwukrotny v-ce mistrz Okręgu juniorów oraz zwycięzca GPO 2015 tej samej kategorii) na Z.Zemborzyckim. Byliśmy o świcie, a nawet wcześniej ;-) I na pewno byliśmy pierwsi ;-) Cały brzeg do naszej dyspozycji, po krótkiej rozmowie zdecydowaliśmy się... zmienić miejscówkę na drugi brzeg zbiornika, po to, aby nie przeszkadzał nam dość mocno wiejący wiatr w twarz, który potęgował odczucie zimna. Grzesiek łowił tyczką, ja dodatkowo rozłożyłem odległościówkę. Bardziej chyba tylko po to, aby sprawdzić jak "lata" nowy wagler Vimba VO-14, potrenować zarzucanie i nęcenie procą po kilku miesiącach przerwy. Bo o łowieniu, tym skutecznym, raczej nie było mowy... Warunki pogodowe były dość ciężkie. Grzesiek w niecałe 2 godziny złowił około 20 ryb, głównie leszczyków, ale też ładnego, sporego okonia, który był "wisienką na torcie". U mnie poszło znacznie słabiej. 5 ryb, w tym 4 w ostatnich 15 minutach treningu. Ryby te złowiłem dopiero po ustawieniu się 15cm nad dnem - w innym przypadku łowienie uporczywie przerywały miękkie zaczepy (resztki roślinności dennej). Próbowałem obok, lewo, prawo, pół, a nawet metr bliżej, dalej, nadal tak samo. Jednak aż tak bardzo się tym nie martwiłem, bo założenie miałem jedno - rozruszać kości, pojeździć troszkę tyczką, "pokubkować", zarzucić kilka razy odległościówką i wystrzelić kule. A nawet większą uwagę zwracałem na przygotowanie stanowiska do łowienia - szybkie i sprawne (które oczywiście takie nie było).

moje stanowisko i MINIMUM sprzętu

Drugi trening przyszedł dość nieoczekiwanie ;-) I nawet nie był wstępnie planowany, ale gdy tylko nadarzyła się taka możliwość, to czemu nie skorzystać? Kilka dni później mogłem mocno "odchudzony sprzętowo" połowić odległościówką. Zakładam, że może się ona przydać na pierwszych zawodów, a brak tej wędki na podpórkach może się odbić na dalekim miejscu w sektorze. Tym razem zamiast waglera 10gr zastosowałem ten najcięższy z serii, a mianowicie 16gr. Po odkręceniu kilku talerzyków na żyłce zamontowałem obciążenie w granicach 3,2gr w postaci kulki i kilku śrucin.

Po lewej sama zanęta, po prawej sama glina
Jak zawsze łowiłem przelotowo, odległość to około 28 metrów od brzegu. Co trafiło do kotłów? Resztka joka z poprzedniego treningu (mrożonka), dosłownie garść pinki, dwie paczki gliny (somme + wiążąca), a zanętą była Grand Bream firmy SARS (cała paczka). Głębokość łowienia to około 4 metrów - także mieszankę porządnie namoczyłem, aby kule w całości dotarły do dna. Pierwsze zarzucenie i.... to chyba spotyka mnie po raz drugi w życiu - tzw. broda na kołowrotku, nie ma innego sposobu, trzeba pozbyć się niemal 30 metrowego odcinka żyłki i zestaw zbudować raz jeszcze. Z 16 gramowego spławika ściągam kilka talerzyków, zostawiam tylko 2, które dają około 1,5gr. Resztę dokładam w obciążeniu na żyłkę, a jest to 2 gramowa kulka, 4 śruciny nr4 oraz 3 śruciny nr6. Te trzy ostatnie śruciny stanowią u mnie tzw. obciążenie sygnalizujące brania - w zależności od potrzeby, mogę położyć jedną lub wszystkie na dnie, czy też rozłożyć równomiernie na żyłce.

Niestety, od 2-3 lat przeważnie takie ryby łowi się na Glinkach
Troszkę ponad 2 godziny łowienia i jedynie 6 rybek złowionych, w tym ukleja o długości dłoni. Kolejny trening zarzucania i nęcenia procą, bo ryba zupełnie nie chciała tego dnia współpracować. Łowienie nie należało do łatwych, zarówno uciąg jak i wiatr były w tym samym kierunku, co mimo prób kotwiczenia zestawu i tak powodowało jego powolny dryf. 

Może na najbliższych zawodach uda się połowić ryby ;-)

piątek, 24 marca 2017

Przechowywanie ochotki

Dużymi krokami zbliżają się pierwsze zawody. Z jeszcze większymi pierwsze łowienie tyczką od... ponad pół roku? ;-) Bo nie można to tego nazwać treningiem. W kwietniu będą zawody na Zalewie Zemborzyckim, uważam że jeśli chodzi o to łowisko to dość dobrze je znam, szczególnie jeśli chodzi o okres wiosenny. Aby coś sprawdzić, by miało to sens i przełożenie na zawody - należałoby to zrobić maksymalnie 2-3 dni przed samymi zawodami. Ale do zawodów 2 tygodnie, a ja jadę aby "zrzucić rdzę" ;-)
Oczywiście nawet podczas takiego łowienia można też kilka rzeczy sprawdzić, np. wstępny wybór modelu spławika. Zakładając tą samą gramaturę, ustawiając identycznie grunt i rozkład śrucin można sprawdzić jak dany spławik się zachowuje na tle innego. Jednak mój najbliższy trening ma na celu głównie jedno - przypomnieniu sobie jak wygląda łowienie ;-))

W związku z tym, że dokładnie nie wiedziałem którego dnia pojadę na trening, potrzebowałem przez dłuższy czas przetrzymać ochotkę hakową i zanętową (jokersa). W niedzielę (czas planowanego treningu) będzie to dokładnie 10 dni od momentu zakupu robaków. I w tym wpisie przedstawię Wam w jaki sposób ja przechowuję ochotkę hakową i jokersa.

HAKOWA
Delikatna przynęta, która potrzebuje uwagi i... doświadczenia z naszej strony. Obecnie przechowuję ją w domu wyłącznie w wodzie. Na szczęście mam swoją małą część lodówki ;-))) Staram się zachować temperaturę w granicach od 6 do 9 stopni. Na 0,25 L ochotki około litr wody w pojemniku mieszczącym niecałe 2L. Jeśli mam więcej ochotki - konieczne jest drugie pudełko, ochotka nie lubi tłoku. Jednak najbardziej nie lubi... martwych koleżanek ;-) Wodę zmieniam dwukrotnie w ciągu dnia - rano i wieczorem. Całą. Używam zwykłej kranówki. Czego jeszcze nie lubi smakołyk nr1 dla ryb? Zmiany temperatur. Dlatego woda, którą zamierzam podmienić leży zamknięta w butelce obok pojemnika z ochotką. Tym sposobem mam pewność, że podmieniając wodę, zachowuję tą samą temperaturę. A jak to dokładnie wygląda? Rano otwieram lodówkę, wyjmuję całą "moją" szufladkę, powoli wylewam zawartość pudełka na drobniutkie sitko, wlewam "nową" wodę z butelki do pojemnika, wkładam specjalne, kwadratowe sitko przez które powoli przechodzi ochotka, wrzucam z drobnego sitka ochotkę, zakładam pokrywkę. Do pustej litrowej butelki wlewam zimną wodę i wszystko wraca do lodówki. Czasami, w ciągu dnia przerzucam ponownie ochotkę na sitko do ochotki, ale bez podmiany wody. Podmiana jak już wspominałem wystarczy rano i wieczorem. I to wszystko. Uwierzcie, że ochotka jest w dobrej kondycji. Wiadomo, że wszystko zależy od tego jaki towar dostaniemy. Te robaki ze zdjęcia oceniam na dobre, przez te niecałe 10dni przy każdej podmianie wody na sitku pozostawało mniej więcej 3-7 padniętych sztuk. Całkiem nieźle, prawda? 




JOKERS
Tutaj sprawa jest już troszkę łatwiejsza. Nigdy nie przetrzymuję jokersa w lodówce - piwnica jest optymalna (no chyba, że ktoś ma piwnicę, w której zdecydowanie nie "czuć" niższej temperatury. Jokers w lodówce (przeważnie przenośnej z zamrożonymi wkładami) występuje u mnie wyłącznie podczas transportu na zawody i na samych zawodach. Ważne jest wstępne odczytanie kondycji jokersa. Zapach i ruchliwość już dużo nam mogą powiedzieć. Czasami warto go wrzucić do wiaderka z wodą. UWAGA! Przypominam, aby różnica temperatur nie była wyraźna, bo możemy tym dobić i tak słabego już robaka. Po płukaniu jokersa wylewamy go na bardzo drobne sitko, czekamy chwilę aż krople wody przestaną lecieć i ja wykładam go na ręcznik (ale nie papierowy). Po pewnym czasie ręcznik robi się wilgotny i wtedy można jokersa przerzucić na gazetę. Kiedyś używałem dużych podkładów higienicznych, obecnie powróciłem do ręcznika i gazety. Teraz wystarczy jokersa delikatnie przesypać pyłem (najlepiej podsuszonym) z ziemi bełchatowskiej. Takim samym pyłem przysypuję jokersa, gdy będzie on w piwnicy 2-3 dni, a jego kondycja jest co najmniej dobra. Zawiniętego w gazetę jokersa delikatnie spryskuję wodą, tak aby papier był delikatnie wilgotny (ale nie mokry). Co wieczór sprawdzam stan jokersa (jeśli kondycja jest gorsza, należy sprawdzać go 2-3 razy dziennie), rozwijam go i delikatnie mieszam. Następnie zawijam w gazetę i ponownie zwilżam gazetę. Gdy jokers ma być przechowany dłuższy czas potrzeba jest więcej ziemi. Przyjęło się już, że jedna gazeta przeważnie zawiera 0,5 L jokersa. Ja dzielę tą porcję na pół i wsypuję zdecydowanie więcej ziemi, prosto z paczki (już nie wysuszony pył). Ważne jest, aby jok był niemal zasypany ziemią, zawartość była pulchna, sucha (można delikatnie spryskać kropelkami wody bo wewnątrz nie może być też "sahara") i aby larwy nie były ze sobą połączone w grudki. Zawijam gazetę i spryskuję papier wodą. Wydaje się trudne? Banalnie proste i szybkie - 5 minut wystarcza. Co zrobić, by przed zawodami pozbyć się ziemi? Małe porcje przenosimy na najdrobniejsze sito i energicznie poruszamy nim, a to co zostanie przesypujemy do innego pojemnika/wiadra czy też na nową gazetę. Jeśli chcemy pozbyć się całkowicie jakiejkolwiek obecności ziemi - koniecznie będzie jeszcze dodatkowe płukanie jokersa (tak jak w przypadku zakupienia robaków o słabej kondycji). I jeszcze jedna uwaga - przy płukaniu warto zostawić robaki na jakieś 30 minut w wodzie. To doda im nieco wigoru. Stosuję ziemię firmy VIMBA - ale prawdopodobnie większość ziem bełchatowskich obecnych na rynku spełni swoją rolę.



A wy jak przetrzymujecie ochotkę i jokersa? Pamiętajcie, że odpowiednie przygotowanie ochotki i jokersa do zawodów to podstawa. Bez tego nasze szanse na dobry wynik od razu na starcie maleją do minimum.

niedziela, 26 lutego 2017

Przygotowania do sezonu

To już chyba ostatnie podrygi zimy. I tak dla zawodników podlodowych była okazała w porównaniu z ostatnimi kilkoma sezonami. U spławikowców zaczyna się szykowanie zestawów i przyponów, a w marcu zaczną się pierwsze treningi.

Jeśli chodzi o przypony stosuję żyłkę Sensas Palmer w rozmiarach 0,062 ; 0,072 ; 0,082. Haczyki Owner Sode (do ochotki) od rozmiaru 22 do 16 i Chika od 20 do 16. Oczywiście są to przypony wyłącznie do tyczki na wody stojące, do standardowego łowienia. Do odległościówki i bata, a także na rzeki mam inne portfele, a w nich przypony na nieco grubszych żyłkach i innych hakach.

Co do zestawów to również nie będzie dużych zmian. Moimi podstawowymi spławikami będą z "fabryki" Vimba, a dokładnie to modele V26 i V26C. Przewiduję, że tymi spławikami obłowię tyczką 80% czasu na wodach stojących, a wybór kila metalowego bądź węglowego będzie zależny od panujących warunków na łowisku. Uważam, że jest to bardzo uniwersalny model spławika i jednocześnie bardzo czuły. 

W ostatnich dniach poznałem też już ostateczne daty zawodów w roku 2017. Te najważniejsze dla naszego klubu (SARS Haczyk Lublin) możecie zobaczyć tutaj:
Daty natychmiast pojawiły się w moim kalendarzu i... doszło do konkretnej selekcji. Niestety, zdecydowaną większość (podobnie jak w kilku ostatnich latach) muszę odrzucić. Powinienem się pojawić na turach PLWS oraz większości Grand Prix Okręgu. Z zawodów dodatkowych to Sars Yuki Feeder Cup oraz Puchar Haczyka - w tych zawodach będę się udzielał organizacyjnie. W sumie wychodzi mi mniej więcej... 14 dni startowych, dodatkowo pewnie dojdzie kilka dni treningowych podczas urlopu. Niemal nic, ale cóż, na razie to musi wystarczyć. 

Jakie nastawienie? Wygrać wszystko ;-))))) I tym hiper-optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis ;-))))

wtorek, 7 lutego 2017

Jedne, duże zawody spławikowe w Okręgu?


W roku 2016 mieliśmy do czynienia z dość niespotykanym zjawiskiem. W Okręgu PZW Lublin istniały 3 cykle zawodów spławikowych. Taka różnorodność nie wzięła się bynajmniej z dużej ilości osób chętnych do startów, lecz z różnych pomysłów na wygląd organizacyjny zawodów. Gdy kilka skrajnych opcji się starło i nie widać było szans na kompromis, każdy poszedł w swoją stronę.

Do tej pory najważniejszymi zawodami w okręgu było Okręgowe GP. Jednak z roku na rok blask zawodów gasł, widać było niedociągnięcia organizacyjne, a i frekwencja ciągle szła w dół. W 2012 roku powstało Grand Prix Zaprzyjaźnionych Kół, wstępnie jako wspólne zawody bliskich kół spoza Lublina, by z czasem stać się w pełni wartościową alternatywą dla GPO. W pewnym momencie, do GPZK dołączali zawodnicy i drużyny, którzy do tej pory startowali w Okręgowym cyklu zawodów. Widząc to, że można robić zawody na wysokim poziomie sportowym i organizacyjnym zwiększały się "żądania" zawodników w stosunku do okręgowych sterników. W końcu nastąpiło przełamanie i w roku 2016 zdecydowana większość zawodników założyło swoją - Lubelską Ligę Spławikową. Tym samym okręg zrezygnował z rozgrywania zawodów z cyklu Grand Prix, tworząc Okręgową Ligę Kół.

Koniec roku 2016 połączył GPZK i LLS, ponieważ w większości tur tych zawodów startowali w dużej mierze Ci sami zawodnicy. Szybko powstał wspólny plan na rok 2017, który jednak spowolnił gdyż... doszły głosy o tym, że będzie możliwość połączenia się z okręgiem tworząc jedne, duże zawody spławikowe. Po wspólnych ustaleniach złożyliśmy wstępny projekt wspólnych zawodów tuż przed świętami przewodniczącemu Okręgowego Kapitanatu Sportowego - projekt został wstępnie zaakceptowany. Kolejnym krokiem było stworzenie szczegółowego regulaminu zawodów GP oraz pewnych punktów, wg. których ma być prowadzona współpraca na linii organizatorzy - okręg. Kluczowym był dzień 19 stycznia, gdzie nastąpiło spotkanie najaktywniejszych drużyn (ich kapitanów) oraz przedstawicieli OKS odpowiedzialnych za spławik w Okręgu. Wspólnie, po trochę ponad 3 godzinach rozmów doszliśmy do porozumienia, plan wspólnych zawodów był gotowy. Jednak co innego ustalenie wspólnego zdania z OKSem, a co innego akceptacja cyklu zawodów z dokładnie tym regulaminem u członków zarządu okręgu, którzy często nie orientują się czego potrzebują aktywni zawodnicy spławikowi... a swoje zdanie i tak chcieli by wygłosić. Do dnia wczorajszego było kilka zwrotów akcji, raz już można było szykować zestawy na pierwsze zawody, by następnego dnia pojawiała się informacja, że znowu "komuś się coś nie podoba"... Na kolejne zmiany i ustępstwa nie było już szans, rok 2016 pokazał że można zrobić zawody bez okręgu, zawody na wysokim poziomie, w dodatku po połączeniu 2 cyklów zawodów była szansa na stworzenie na prawdę wybornego cyklu. Na dzień dzisiejszy chyba wszystko zostało już ustalone, pozostało tylko czekać na oficjalną uchwałę Zarządu Okręgu zatwierdzającego regulamin nowego Grand Prix Okręgu 2017. Czy tak będzie? Okaże się 20 lutego. Na kolejne zmiany i ustępstwa nie ma już szans, my jesteśmy gotowi wystartować z okręgiem lub bez. Jednak czy Okręg da radę organizować kolejny rok zawodów spławikowych dla coraz mniejszej liczy osób?