wtorek, 30 grudnia 2014

Podsumowanie i nowe plany

Koniec roku to tradycyjnie czas podsumowań oraz planów na kolejny rok. Oczywiście jest w tym też część poświęcona wędkarstwu. Zacznijmy może od rozliczenia się z postanowień na rok 2014, oto one:

- często aktualizować bloga :-) /można powiedzieć, że się udało, przynajmniej było więcej wpisów niż w roku poprzednim
 - więcej przyłożyć się do Lubelskiego Portalu Wędkarskiego; /też chyba lekko na plus
 - pierwsza "15" w Spławikowym GPO, jak uda się oczywiście wziąć udział we wszystkich turach; /cel niezrealizowany, opuszczonych 6 tur z różnych względów jak i znacznie słabsza "forma"
- pierwsza "6" w Pucharze Hajdowa, ot takie małe zawody na trudnej wodzie do której mam sentyment; /niestety, wylosowałem trudny odcinek łowiska i jedynie miejsce 10
- złowić pierwszego jazia na spinning; /właściwie w ogólnie nie spinningowałem, więc trudno to było zrealizować
- złowić w końcu lina!!!; / udało się i to na tyczkę ;-)
- zasadzić się z tyczką na j.Glinki (plan już jest, miejsce wybrane również); /może nie z tyczką, ale siedziałem kilka razy z 7 metrowym batem
 - złowić wymiarowego szczupaka - ostatnio trafiają mi się same maluchy/ /to samo co z jaziem na spinning.

Ogólnie? Można uznać, że postanowienia zostały zrealizowane z lekkim przymrużeniem oka ;-)


A teraz główne cele na rok 2015:
- osiągnąć sukces organizacyjny zawodów Polskiej Ligi Wędkarstwa Spławikowego w woj.lubelskim
- zorganizować premierowe zawody w stylu Feederowych Mistrzostw Okręgu
- pierwsza "6" w Pucharze Hajdowa
- medalowa pozycja w Spławikowych Mistrzostwach Koła Haczyk bądź Klubu Sensas Haczyk
- pierwsza "15" w Spławikowym GP Okręgu
- znaleźć się w czołowej 1/3 klasyfikacji indywidualnej PLWS


Ogólnie rok 2015 zapowiada się ciężki, na ryby będzie bardzo mało czasu i jeśli już... to wyłącznie WYBRANE zawody nawet bez możliwości treningu. Na szczęście to nie będzie rok poszukiwań i testów, ten rok upewnił mnie co należy stosować. Także w 2015 rok wchodzimy głównie ze spławikami firmy Vimba, zanętami Sensas i SARS, glinami Eco-System. Oprócz zanęt SARS, którymi łowiłem cały sezon 2014 (w zawodach i rekreacyjnie), poprzednie firmy to już wieloletnia "współpraca". Cała reszta to już drobne szczegóły. Oczywiście drobna nowość będzie, pewien model spławika chyba nie dostępny w Polsce, którego zamierzam zastosować do łowienia batem. Ale o tym może w kolejnym wpisie ;-)

czwartek, 25 grudnia 2014

Pulla bung - moja modyfikacja

Pulla bung + regulacja napięcia gumy
Gumy puste w środku przebojem wdarły się do arsenału wędkarzy spławikowych. Co więcej - gumy te mają zastosowanie nie tylko na łowiskach typowo karpiowych, ale również na rzekach, czy stosując odpowiednią średnicę - do łowienia rybiego drobiazgu. Jak chyba większość osób , puste gumy stosuję ze specjalnym korkiem tzw.  pulla bung. Jednak czegoś mi brakowało. Wszystko było by OK, gdyby stosować tak zmontowany top tradycyjnie - ale co, jeśli chcemy go zastosować bardziej uniwersalnie? Co jeśli łowimy tym topem średnie ryby i uznamy, że należy zwiększyć/zmniejszyć naciąg gumy? Ze standardowym montażem takiej możliwości nie mamy. Dlatego polecam małą modyfikację. 
Korek pulla bung mocujemy tradycyjnie. Gumę umieszczamy jednak nieco luźniejszą i rezygnujemy z zapinki na samym końcu. Zamiast tego użyjemy odpowiednio zmodyfikowany, przecięty korek. Przekładamy gumę przez odpowiednio skróconą tuleję i nawijamy gumę na odcięte zwijadełko. W taki sposób mamy zapewnioną kontrolę nad naciągiem naszej gumy i zawsze możemy się szybko dopasować do wielkości poławianych ryb. Oczywiście duże ryby holujemy tradycyjni, szybko "zchodzimy" do samego topa i ręką redukujemy długość gumy, spokojnie możemy łapać za korek. Z drugiej strony, gdy guma jest naprężona za mocno, możemy zejść 2-3 nawinięcia z drabinki co znacznie zluzuje nam gumę.
Czy taki wystający, dodatkowy element nie przeszkadza podczas dołączania topu do kija i czy znacznie nie opóźnia nam wjazdu? Jeśli dobierzemy odpowiedni korek, to nie. Co to znaczy odpowiedni? Na zdjęciu top jest w pionie, starajmy się dobrać tak wielkość korka, aby kąt nachylenia nie był za duży. Jeśli tyczką najedziemy na końcówkę zwijadełka wszystko nam się ładnie ułoży i sprawnie będzie można dopiąć top. Przy dłuższym korku ten kąt będzie już większy i trudniej będzie nam szybko dopiąć tyczkę. Być może jest jeszcze lepsze rozwiązanie? Do sezonu pozostaje jeszcze kilka miesięcy, to rozwiązanie nie jest idealne, może uda się wymyślić coś lepszego. Ale ważne, że spełnia założenia - mogę już podczas łowienia szybko kontrolować napięcie amortyzatora pustego w środku, przez co często taki top rozkładam jako tzw. bonus - na ewentualne, większe ryby ;-)

PS. Właśnie przejrzałem internet i... firma Preston wymyśliła już odpowiednie rozwiązanie.  Korek pulla bung + nawijak w szczegółowym opisie na stronie sklepu wędkarskiego gozdawa:

http://sklep-wedkarski-gozdawa.pl/korek-zabezpieczajacy-i-nawijak-stora-pulla-bung.html

poniedziałek, 24 listopada 2014

Listopadowe ostatki

W 100% moja ulubiona
tegoroczna miejscówka
A jednak! Wydawało się, że sezon spławikowy już zakończony, a tu taki psikus ;-) Piękna jesień, opóźniająca się zima, wydłużony świąteczno-listopadowy weekend i okazja do tego by chociaż chwilkę spędzić czas nad wodą - to trzeba było wykorzystać.
1 kg zanęty (0,5L gros gardons + 0,5L etang Sensasa), 2kg ziemi bełchatowskiej i 2kg gliny wiążącej Tomka Iwanowskiego, puszka kukurydzy, 0,25L dżokersa, trochę ponad 0,5L gotowanych  konopii,  pinka oraz odrobina liant a collera. Do tego wodery na sobie, składane krzesełko do wody, odległościówka, podpórka, proca, portfel z przyponami, dwa wiadra, sito i kilka drobnych akcesoriów.
Niezbędne minimum
Wszystko. Lekko, mało, przyjemnie - bez zbędnego targania gratów i bez dźwigania. To lubię ;-)
Miejsce wyprawy - jeziorko Lipiniec. Cel - płocie, oby te 25cm bo takie tu pływają i już je łowiłem. Na szczęście moja miejscówka jest wolna, ale właściwie się nie dziwie. Dziś jest naprawdę zimno, jest po godzinie 6 a mgła nadal ogranicza widoczność. Najpierw rozrabiam zanętę, dodaję mało wody, przecierem, pozwalam jej "dojść". Samą zanętę robię lekko niedomoczoną, typową na płotki. Tym razem użyję gliny wiążącej oraz ziemi, wcześniej były to mniej klejące mieszanki. Dlaczego?

a to dla rybek
Tym razem chciałbym łowić mniej ryb, ale tylko te większe. Czy się uda?
Łowiąc w tym samym miejscu po raz kolejny, spławikiem o podobnej gramaturze wiem już jakiej spodziewać się głębokości. Łowią na około 30-35 metrze, tutaj mam około 3,7 metra gruntu. Wcześniej jest sporo podwodnego zielska, a także dość szybko spadające dno, od tego miejsca ten spadek jest znacznie wolniejszy.
Łowię przelotowo, prawie zawsze, ale używam do tego normalnych wagglerów.  No może nie normalnych, bo nie wszystkie się nadają. Po odkręceniu "krążków" sam spławik musi mieć jeszcze kilka gramów obciążenia wbudowanego, ale też i co nieco musi znaleźć się na żyłce. Tym razem ilość zdjętych krążków odpowiadała ciężarowi 2-gramowej oliwki, pięciu śrucin nr6 oraz dwóch małych krętlików w rozmiarze 20.
Kolejna płotka już pod nogami
 Za mało? A gdzie wianuszek zbitych śrucin tuż za kulką (oliwką) stabilizujący odcinek żyłki po zarzuceniu, który zapobiega plątaniu się? A no nie koniecznie jest to potrzebne... Po raz drugi z rzędu łowię identycznie zbudowanym zestawem, po raz drugi żyłka nawet nie obwinie się w ogół anteny z pawiego pióra. Na wiosnę przy pierwszej próbie łowienia odległościówką ponownie wykonam test tego zestawu, długa zimowa przerwa na pewno wprowadzi nieco chaosu w technice zarzucania i jeśli ponownie zestaw nie będzie się plątał - przedstawię wam jego graficzną wizualizację.
Niestety, tym razem trafiły się tylko te małe
Wróćmy do samego łowienia. Połowę mieszanki dokleiłem klejem, aby te kule pracowały z opóźnieniem. Do donęcania zostawiłem sobie zaledwie 1/6 objętości z każdej z dwóch mieszanek. Kukurydzy dałem pół puszki, całość dżoka (0,25L), nie więcej niż 20 pinek do każdej z mieszanek do donęcania. Okazało się, że ryby najlepiej reagują na 2 czy 3 czerwone pinki znajdujące się na haczyku. Chociaż trudno było to określić, gdyż złowiłem tylko 7 płotek i jednego kolucha w 2 godziny łowienia. W dodatku, małych płotek... Łowisko to nigdy nie obrodziło mnie w dużą ilość ryb, w dodatku tutejsze płotki są bardzo trudne do łowienia w tempo. Po 2-3 sztukach przeważnie musiałem zwiększać/zmniejszać grunt, czasami donęcić 2-3 kulkami, innym razem donęcanie przeszkadzało. Tak samo było tym razem, a właściwie gorzej. Nie było żadnej reguły. To chyba znak, że trzeba już odpuścić łowienie płotek na tym jeziorku, ryby najwidoczniej przeniosły się w inne miejsce - prawdopodobnie szykując się już do zimowania.

piątek, 26 września 2014

Zakończenie sezonu...

W tych zaroślach na szczęście były metrowe
przerwy, dało radę łowić ;-)
W dzisiejszym wpisie kilka spraw... 
Po pierwsze. Zakończyły się Gruntowe Mistrzostwa Koła Haczyk, zakładałem "pudło", zakończyło się na 7 miejscu (na 16 startujących). Wyniki były tragiczne, ja miałem 240 punktów (2 ryby), zwycięzca 1 320pkt. Aby wskoczyć na podium należało mieć ciut ponad 625pkt. Ryby w ogóle nie chciały współpracować (podobno słaby rok, a może ich tam nie ma?), a brania (miałem może w sumie z 4) były z tych 1-sekundowych, prawie nie do zacięcia. O mały włos może i udałoby się zrealizować cel, jakieś 30min przed końcem zawodów miałem zaciętego sporego leszcza, niestety po 2-3 sekundowym holu i krótkiej pracy hamulca ryba się odhaczyła... No cóż, pech, przypuszczam, że leszcz mógł mieć co najmniej pół kilo jak nie więcej, zostało sporo śluzu na przyponie.

Sprawa numer dwa. Zakończył się cykl Spławikowego Grand Prix Okręgu PZW Lublin. Z 5 dwuturowych zawodów wziąłem udział jedynie w 2, także wynik jest słaby, bo nie ma innej możliwości przy opuszczeniu takiej ilości startów ;-) Na początku sezonu byłem chory, przedostatnie zawody przełożyli na termin, który mi wybitnie nie pasował... Nie było już szans na walkę o "15", więc z kolejnych zawodów sam zrezygnowałem by pomóc młodym klubowiczom w sektorze junior/kobieta. Aśka zaliczyła swój debiut w GPO, nie udało się jej "wyprzedzić" żadnego z młodych zawodników, ale nie o to chodziło.
Szybkie łowienie najwszechstronniejszego
juniora w Okręgu!

Jest przetarcie, było kilka uwag poprawiających technikę, kolejny sezon też będzie z naciskiem na naukę, a nie wynik. Natomiast Grzesiek utrzymał fotel lidera wśród juniorów, a tydzień później już pierwszą turą ostatnich zawodów zagwarantował sobie zwycięstwo w całym cyklu! Ostatnia tura (może dlatego) wyszła nieco słabiej, ale i tak z przewagą 1 (!!!) punktu sektorowego zwycięża w całym cyklu! Brawo Gelu, tego się chyba nikt nie spodziewał ;-) Bardzo dobry sezon, zwycięstwo w GPO i 2 miejsce w juniorskich MO ;-) Za rok ostatni sezon w juniorach, czy uda mu się powtórzyć taki sezon? Zobaczymy...

Sprawa numer trzy, kończąca sezon 2014 definitywnie (chociaż jest jeszcze wrzesień). Po raz kolejny mam poważną kontuzję kolana, tym razem łąkotka.... Jesienny spinning odpada, wycieczka z kołem odpada, jesienna odległościówka odpada - to tyle z rzeczy wędkarskich, nie wspominając już o całej, ważniejszej zresztą reszcie... W listopadzie operacja, później rehabilitacja, może przed marcem uda się stanąć na nogi. Oby...

piątek, 5 września 2014

Zawody "Zdzicha"!

Pod koniec sierpnia miały się odbyć zawody o Puchar Puław, zaliczane go Spławikowego Grand Prix Okręgu. Organizator jednak postanowił przenieść zawody na połowę września. W utworzoną "dziurę" szybko dopasował się Bogdan Wąsik organizując zawody "Puchar Burmistrza Miasta Ryki", które były prawdziwym pokazem tego jak zawody spławikowe powinny przebiegać. Łatwość organizacyjna i błyskawiczne działania na pewno niejednego powaliłoby na nogi. W ekspresowym tempie znalazł się sponsor główny - Burmistrz Miasta Ryki p. Jerzy Gąska (który również wystartował w zawodach, bo okazało się że to również "wyczynowiec pełną gębą"), a swoje dołożyli m.in. firma "Spin-Pol Maver" Adam Kruk, firma "Stynka" Tomka Iwanowskiego, dom weselny "Mila", lakiery samochodowe "Standox", drukarnia "Elko" czy koło Czysta Woda w Rykach. Warto zauważyć, że już po 1 dniu zapisów 90% miejsca na liście startowej było zaklepane - organizator przyjął, że zawody odbędą się maksymalnie przy udziale 30 osób. Miejscem rozegrania zawodów było dla wielu osób nowością - mieliśmy walczyć na przyujściowym odcinku rzeki Wieprz do Wisły, niedaleko Dęblina. Ci co jeździli na treningi byli zachwyceni - piękny, dziki krajobraz, mnogość ryb różnych gatunków, no łowisko wręcz idealne. Niestety... jak to często bywa, w dzień zawodów przychodzi nagła zmiana pogody - było zimno i ciągle padał deszcz. Prawdopodobnie (nie sprawdzałem) również ciśnienie spadło znacznie, a to musiało się odbić negatywnie na braniach ryb. Tylko nieliczni zawodnicy mieli pojedyncze brania pod tyczką, nawet Ci, którzy złowili tak kilka ryb mówili, iż były one przypadkowe, trudno było określić co akurat na nie podziałało ;-) Tak po prostu pewnie przepływały ;-) I mi się udało złowić jednego, jedynego krąpika  tyczką i tyle... Zawody rozpocząłem od uklejówki, bo i również taką metodą można było na treningach pokusić się o duży wynik. Zachmurzone niebo i padający deszcz... to nie są idealne warunki na ukleje, przez pierwsze pół godziny nie miałem nawet brania, zresztą kolega łowiący obok również "pod nogami" miał identycznie. Wyjeżdżając tyczką i łowiąc tego krąpika myślałem, że może MI akurat weszły - nie weszły ;-) Mijała godzina zawodów i dochodziły do mnie już pierwsze informacje - wszędzie nieoczekiwana LIPA. W tym momencie kolega obok łowi 3 uklejkę... Wracam do uklejówki i po chwili mam pierwszą mikro uklejkę. Co mniej więcej 30 minut wracałem na kilka przepłynięć tyczką, ale bez efektów. Zresztą ukleja też nie brała rewelacyjnie, udało się "wyskrobać" trochę ponad 500 punktów, co w sumie dało mi 13 miejsce. Zwyciężył Tomek Iwanowski, łowiąc głównie ukleje (on jest w tym prawdziwym mistrzem) z wynikiem troszkę ponad 1500pkt. Na drugim i trzecim miejscu zawodnicy otwierający i zamykający stawkę z kilkoma rybami spod tyczki. Warto również dodać, że główny sponsor - Burmistrz Ryk uplasował się w czołowej "10" zawodów! No pięknie, za plecami wielu uczestników Grand Prix Okręgu Lubelskiego!
Organizacja na medal. Złoty. Równe stanowiska, fajne nagrody (dla wszystkich, nawet "pomagierów" w organizacji), taśma oddzielająca zawodników od ewentualnych kibiców (wiadomo, że czasami się zdarzy przechodzeń bądź inny wędkarz), super atmosfera, sprawne losowanie i ważenie oraz wiele, wiele dobrego humoru. Wyniki były słabe, niektórzy (jeżdżący na wcześniejsze treningi), nie mogli uwierzyć, że pogoda mogła aż tak wpłynąć na łowisko, gdzie niemal co przepłynięcie jakaś ryba pojawiała się na haczyku. A ryby podobno przeróżne, od krąpi i leszczyków, po sapy, rozpióry, jazie czy klenie. Bliskość Wisły powoduje, że właściwie spodziewać się można KAŻDEJ ryby, to duży plus łowiska. Mimo tych słabych wyników nie widziałem ani jednej twarzy, na której nie byłoby uśmiechu! A przez całe zawody i czas na przygotowanie padał deszcz! Także łatwo nie było.
Brawo Bogdan "Zdzichu" Wąsik - pokazałeś jak się robi zawody i jakie powinno być do nich podejście. Pełen profesjonalizm. Czekamy na kolejne tego typu, udział w takich zawodach to czysta przyjemność!


A w niedzielę przypomnę sobie jak się łowi na koszyczek ;-) Przede mną Gruntowe Mistrzostwa Koła PZW Haczyk. Kiedyś kiedyś ta metoda była mi bliska, właściwie była to moja jedyna metoda jaką się posługiwałem, a wtedy tyczka, cały ten sprzęt, przygotowania... wtedy pojawiał mi się jedynie ironiczny uśmieszek na twarzy ;-) Od 5 lat startuję w większości zawodów mistrzowskich koła, a chyba jeszcze nigdy nie byłem w pierwszej "3". Pora to powoli zmieniać ;-) Pora na poważnie startować w tego typu zawodach, jak wyjdzie? Przekonamy się w niedzielę!

wtorek, 2 września 2014

Urlopowe wędkowanie cz.3

 Podczas tegorocznego urlopu po raz pierwszy wędkowałem na jeziorze Lipieniec. Brzegi jeziora są mocno zarośnięte, właściwie jest tylko kilka "dziur" z których można wędkować. Wysokie trzciny i otaczający las znakomicie maskują to łowisko, które... wydaje mi się, że nie jest mocno odwiedzane przez wędkarzy. I to już mi wystarczało - musiałem sprawdzić co tam pływa ;-) 
Tradycyjnie spławik zamontowałem przelotowo - stosuję zwykłe  wagglery, którzy inni montują na stałe. Ja wybieram te, które mają wiele zdejmowanych krążków, następnie zdejmuje tyle, aby na żyłkę dać w granicach 3-4 gram, to przeważnie w zupełności wystarcza. Przy gruntowaniu zdejmuję wszystkie krążki po to, aby spławik jak najszybciej pojawił się na powierzchni. Po zarzuceniu wstępnie oznaczam odległość łowienia. Nie napinam żyłki - musi być luźna, aby spławik wypłyną dokładnie pionowo. Dopiero jeśli się pojawi, zwijam i powoli "zjeżdżam" z żyłkowym stoperem niżej, aby znaleźć głębokość. Gdy już ustaliłem głębokość we wstępnym miejscu łowienia, za pomocą stopera reguluję głębokość i sprawdzam ułożenie dna kilka metrów przed, za i w boki od wstępnego miejsca. Dopiero wtedy wybieram ostateczny punkt łowienia, zaznaczam markerem na żyłce, przeciągam w odpowiednie miejsce stoper i ostatecznie gruntuję - dla pewności. Gruntuję od razu z przyponem, a na haczyk zaciskam dużą śrucinę. Okazało się, że miejsce w którym będę łowił ma troszkę ponad 4 metry. Czy aby nie za głęboko? Zobaczymy...


Już po niecałych 10 minutach pierwsze branie i... siedzi! Pierwszą rybą 
okazuje się płotka, na oko z 15 centymetrów. Po kilku kolejnych minutach kolejne branie, to już jest większa rybka. Wysoko pionowo podnoszę kij, staram się trzymać rybę jak najdalej od dna - jest tutaj sporo podwodnego zielska, miękkiego, ale zawsze może spowodować to stratę ryby. W związku z tym, że siedzę krzesełkiem w wodzie podbieram rybę ręką - piękna płoć! Na pewno ma z 200 gram, rzadko takie łowię.
Na rozpoznawcze łowienie miałem niewiele czasu, może z 2,5 godziny. W tym czasie miałem kilkanaście ponad 25 centymetrowych płoci, kilka "nastek" i tylko 2, całkiem niezłe koluchy. Liczyłem, że przy tak "opustoszałym" jeziorku rybą dnia będzie: koluch, mikro krąp czy karaś srebrny - czyli szara rzeczywistość coraz częstsza na jeziorach PZW.
Do samochodu wracam zadowolony z 2 powodów - udało się połowić odległościówką jak i udało się złowić fajnych płoci. Za kilka dni pojawię się tu ponownie... zobaczymy, czy skuszę je bliżej brzegu!
 Trzy dni później to samo miejsce, inna metoda - łowię 7 metrowym batem, a koszem ustawiam się maksymalnie daleko w wodzie. Sięgam głębokości 1,5 - 1,7m czyli jest OK, w dodatku nie wyciągam zielska na haczyku. Tym razem w przeciwieństwie do ostatniego wędkowania tutaj zanętę SARS Lin/Karaś mieszam pół na pół z zanętą tej samej firmy - Grand Roach. Gliny te same, argilla Gienka oraz odrobina glinki Extra Górka. Ryby były - bez (ponownie) 2 koluszków same płotki. Niestety, takiej ponad 20 centymetrowej nie udało się złowić. Ponownie około 2,5h łowienia i 3kg w siatce! Całkiem nieźle, jak na rekreacyjne łowienie - jest potencjał, uzbrojonym "po zęby" można by tu ładnie śmigać tyczką bądź dłuższym batem.

Powoli zbliża się koniec urlopu - pogoda dopisała, a mi udało się średnio co 3 dni być na rybach - może nie były to długie wypady, ale na pewno tego mi trzeba było ;-) Szkoda tylko, że łowienie w rzece nie było takie jakie planowałem, ale z naturą nie wygram...

O mały włos, a podczas urlopu nie odwiedził bym mojego "sztandarowego" łowiska w tej okolicy - jeziora Glinki.
 Dzień przed wyjazdem pojawiłem się skoro świt z odległościówką, prognoza pogody nie wróżyła za dobrej pogody, ale i tak przez całe 2 tygodnie było wręcz idealnie. Słońce dopiero co wychodziło zza lasu, piękny widok. Szybkie rozkładanie sprzętu i... deszcz? Momentami tak lało, że musiałem przyhamować przygotowania i schować się pod parasolem, gdy tylko deszczyk zmienił się w drobne kap-kap zacząłem nęcić.

 Pogoda tego dnia dawała popis, raz padało mocniej, raz mniej, raz wiało, raz przecierało się słońce. Zapewne ciśnienie też musiało skakać, ryby żerowały chimerycznie i nierówno - były okresy dobrych brać, by po kilku minutach nastawała kilkunastominutowa cisza. Łowiłem standardowe, tutejsze ryby, czyli głównie krąpiki, ale były też wzdręgi, płotki, może ze 2-3 uklejki. Większych leszczy zabrakło. Udało się przechytrzyć kilka takich około 25-30 centymetrowych, ale to nadal kwalifikuje się jako leszczyk.
 Ryby bardzo dobrze reagowały na donęcanie mocno mięsnymi kulkami gliny, cięty czerwony plus kilka białych i pinki. Na Glinkach nie należy zapominać o kukurydzy, jest to bardzo dobra przynęta jak i zanęta - nie raz zakładając na haczyk kukurydzę wygrubiałem ryby łowiąc je batem blisko brzegu.
Zanęta - standardowo jak przez cały urlop. SARS z którego jestem bardzo zadowolony, w pełni spełnił moje oczekiwania co do zanęty. Tym razem użyłem jasnej, słodko-piernikowo pachnącej Grand Bream z
dodatkiem około 20% Lin Karaś. Właśnie zanęta Lin Karaś jest dla mnie największym zaskoczeniem. Już dawno nauczyłem się nie zwracać uwagi na nazwy zanęt - patrzę na granulację, skład (jeśli potrafię coś wyłapać), kolor, zapach i pracę. Ciemno brązowa, o zapachu czekolady, niepracująca i obsypująca się zanęta Lin Karaś okazała się znakomitym "dopalaczem", szczególnie na większe płotki.

Następnym razem w tych okolicach pojawię się już raczej ze spinningiem, a że spinningista ze mnie "niedzielny" nie oczekujcie zdjęć z rybami ;-) Ale jeśli jakiekolwiek się trafią i będzie mi dane pomachać sztucznymi przynętami - na pewno o tym napiszę ;-)

sobota, 9 sierpnia 2014

Urlopowe wędkowanie cz.2

Mini stanowisko uklejowe
Po raz trzeci wybrałem się na przygraniczny Bug przypomnieć sobie pewne "nawyki" uklejowe. Jest to metoda, którą stosuje bardzo rzadko - specyfika łowisk okręgu lubelskiego właściwie ją wyklucza. Jedynym łowiskiem typowo uklejowym jest Osadnik w Puławach (zresztą bardziej w czasie przeszłym, a i w samej Wiśle w Puławach ukleja raczej ratuje już tylko przed zerem, a nie jest głównym celem. To, że sporo uklei jest na włodawskim odcinku przekonałem się w poprzednich 2 wypadach ;-) Także taki mini trening na pewno się przyda - mini, gdyż czasu na same łowienie miałem tylko godzinę. Niemal w samo południe ostatniego dnia upalnego lipca byłem już gotowy - co rzadko mi się zdarza, wszystko udało mi się zabrać za jednym razem ;-)
Liczba małych, srebrnych rybek mnie zaskoczyła - właściwie każde zarzucenie zestawu kończyło się braniem, nie zawsze skutecznie zaciętym (na początku łowienia). Po kilku minutach skuteczność ta się poprawiła, należało jedynie wyczuć siłę, szybkość oraz kierunek zacięcia. Do wody poszła niecała paczka zanęty Ukleja z jedwabnikiem firmy SARS oraz paczka glinki Extra Górka. Średnio 2 ryby na minutę lądowały w ręce, a wynik mógłby być co najmniej 2 razy lepszy, gdybym zastosował kilka TYPOWO uklejowych podstaw (na które nie byłem gotowy - "uklejowanie" w ogóle nie wchodziło w grę jako łowienie urlopowe, zmusiły mnie do tego warunki):
- cienka, uklejowa szczytówka na pewno zwiększyła by skuteczność zacięć;
- spławik w kształcie bombki około 0,8-1gr (ja miałem 3gr bombkę z grubą, plastikową antenką i tak wyważoną na 1cm od końca);
- haczyki z długim trzonkiem, umożliwiającym szybkie wyhaczenie rybek;
- twardy, specjalnie przygotowany robak (pinka, duży barwiony), który umożliwia łowienie kilku-kilkunastu ryb bez zmiany (ja po 2-3 rybach na haku miałem miazgę).
 Powyższe punkty to podstawa, bez nich nie ma szans na szybkie i dobre punktowanie uklejami.


Dwa dni później byłem już na Bugu, ale tym razem w miejscowości Zbereże. Może tutaj będzie ciut lepiej?
Tyczkowe podejście trzecie i... ostatnie
Pierwszy rzut okiem na wodę - chyba płytko (jestem tutaj pierwszy raz). W dodatku jest mało miejsc, gdzie można by się rozłożyć, niemal wszędzie są dość wysokie skarpy. Rozkładam się w miejscu, gdzie rozkładany jest most łączący Polskę z Ukrainą przy okazji Dni Dobrosąsiedztwa, które corocznie odbywają się w okolicy. Gruntowanie - niestety, również płytko, nie ma więcej niż 120cm wody, bez znaczenia czy to 13 czy 7 metr. Decyduję się na łowienie w okolicach 10 metra, a do kotła idzie: 2kg Rzeka SARS, 2kg GSM Leszcz Gut-Mix, 4kg gliny wiążącej, 2kg rzecznej i 2kg glinki extra Górka. Zanęta jest mocno "namelasowana", dodaję też więcej niż zwykle pieczywa fluo. Uciąg podobny jak na miejscówce we Włodawie, więc wybieram te same spławiki 8 i 16gram. Z rokaów 0,4L pinki i niemal ćwiartka dużego barwionego, kule mocno sklejam. Do wody idzie niemal połowa, reszta na donęcenie. Kubkiem podaje 3 kulki, które od razu mają mocno pracować (bez bentonitu). Niestety, przez ponad 3 godziny łowienia nie doświadczyłem konkretnej ryby. Chociaż ryby brały jak szalone, to co przepłynięcie meldowała się ukleja. Udało mi się złowić tylko dwie około płotki po około 100gram i mikro krąpika - nic więcej. Paweł, który wędkował ze mną na Bugu przez dwie soboty miał identyczne wyniki.

Niestety, wakacyjno-urlopowe łowienie tyczką na rzece Bug tym razem zakończyło się porażką. Mimo iż udało się za drugim razem złowić 3 fajne jazie oraz dużego leszcza, wiem, że mogło być lepiej. Gdyby tylko było 50-70cm więcej wody, byłby to chyba optymalny poziom Bugu w tych rejonach. Przy takim poziomie rybą numer 1 z całą pewnością byłby krąp, a i upolowanie bonusów w postaci jazi, kleni i leszczy było by łatwiejsze. W tych okolicach łowiłem nie raz, więc mam porównanie - tym razem się nie udało, może za rok? Bo w tym roku, w tym miejscu łowić się już chyba nie uda. Chociaż na samym Bugu powinienem być jeszcze w ostatni dzień sierpnia na ostatnich zawodach PLWS w tym sezonie, ale w tamtym miejscu jest to szybciej łowienie kanałowe, niż rzeczne.

sobota, 2 sierpnia 2014

Urlopowe wędkowanie cz.1

W końcu rozpoczynam urlop! A wraz z urlopem jest okazja, by trochę połowić ;-)) Pierwszy raz wyruszam na Bug w okolicach Włodawy, na miejscu okazuje się, że brakuje trochę wody. Gdyby rzeka była wyższa o 70cm byłoby idealnie. Przy gruntowaniu moje obawy się potwierdzają - jest może 1,20m pod tyczką, będę łowił bez 3 elementów, ponieważ przy takiej odległości jest delikatnie (około 10 cm) głębiej, a przy takim stanie wydaje mi się to dość ważne. Na pierwszy raz przygotowałem się na krąpia, w tym miejscu zawsze go było pod dostatkiem. Zanęta SARS - po 1 kilogramie rzeki i krąpia, do tego 2kg gliny rzecznej, 2kg wiążącej i 2 kg argile. Zakładam spławiki 8 , 12 i 16gr, przy czym 16 prowadzi się zestaw tak wolno, że gdyby dołożyć ciut więcej byłby idealny do stopa. Łowię liśćmi Vimby Darka Ciechańskiego - ten kształt bardzo mi pasuje. Do zanęty dodaje około ćwiartki pinki i można łowić... Na razie cisza, spokojnie, ryby może muszą znaleźć kule. Niestety, niski poziom wody prawdopodobnie gdzieś wygonił krąpie. Łowię tylko jednego wielkości pół dłoni, co jakiś czas na haczyk trafia ukleja. Mniej więcej po 2 godzinach mam agresywne branie, zacinam i p usta guma 2,0 rozciąga się na dobre 4 metry. Hol trwał może 15 sekund, zakończył go zerwany przypon. To mógł byś spory jaź, akurat w tym miejscu jazie są częstym przyłowem. Kolejne wstawienie i kolejne branie - tym razem niezła płoć, na oko ma jakieś 150gram, ponowne wstawienie zestawu i znowu taka sama płoć! Już myślałem, że zacznie się jakieś normalne łowienie, niestety, to było na tyle. Ponownie brała wyłącznie ukleja...

Rewanż na rybach postanowiłem wziąć dość szybko, po 2 dniach zjawiam się ponownie w tym samym miejscu. Tym razem przygotowania nieco inne - 4kg gliny wiążącej Cat-fish i 2kg ciężkiej, rzecznej gliny Gienka. Zanęta to ponownie 1kg rzeka SARS oraz 1kg jaź kleń tej samej firmy. Do tego idzie sporo bułki fluo w kolorze czerwonym i żółtym oraz odrobina słodzika. Tym razem oprócz ćwiartki pinki, do mieszanki poszedł też duży kolorowy 0,25L. Postanowiłem ponad połowę towaru zostawić na donęcenie, a z ręki wrzucić kule mocno sklejone bentonitem oraz nawet gumą arabską, oczywiście w 3 konsystencjach. Jeszcze dobrze się nie rozsiadłem, a po 4 minutach mam ładne przytopienie antenki i... siedzi!!! To jest spora ryba, spokojnie holuję i po kilku chwilach ładny jaź ląduje w podbieraku. Co za początek!!! Po kolejnych kilku minutach kolejny jaź, spokojnie tuż ponad 30 centymetrowy. Kolejna ryba i ta niestety ze mną wygrywa. Znów pęka przypon 0,12mm. Patrze na zegarek - minęło 20 minut, jest dobrze, są emocje, nie ma uklei. Tym razem do kolejnego brania mija około 10 minut, donęcam 2 kulkami mocno sklejonej mieszanki i po chwili kolejny ładny jaź! To już trzeci. Kilka minut branie i.... czuję, że mam rybę dnia. Mocno trzyma się dna, nie szaleje, to jakaś spora ryba. Pusta guma mocno się rozciągnęła, trudno mi ocenić ile metrów ponieważ szczytówkę trzymam tuż pod powierzchnią wody. Widzę wracający łącznik, więc powoli cofam tyczkę. Holuję rybę na 4 elementowym topie (grunt trochę ponad metr), nadal nie wiem co to jest. Ryba pierwszy raz zbliża się do powierzchni, widać tylko złotawą plamę - to nie jest jaź, budową ciała ryba przypomina leszcza. I rzeczywiście, za chwilę ląduje w podbieraku, jego hol trwał dobre 4 minuty, było ciężko bo trudno było oderwać go od dna. Po zważeniu okazuje się, że to mój nowy rekord - 1,7kg i jakieś 45cm. Łowiłem już leszcze o długości troszkę ponad 50cm, ale raczej nie przekraczały one 1,5kg. Niestety. To była ostatnia ryba dnia. Fajne łowienie trwało zaledwie 45minut, po godzinie pojawiły się ukleje, po kolejnej postanowiłem się złożyć. Czy ten trening można uznać za udany? Ryb ciągle mało, krąpi w ogóle nie ma, ale wiedziałem, że tu pojawiają się jazie, na nie się nastawiłem i udało się je złowić. Dodatkowo rekordowy leszcz. W sumie można ten wypad zaliczyć na plus. Niestety, już wiem że raczej nie połowię sobie ryb na rzece. Nie przy takim stanie wody, a szukać nowej miejscówki... Trochę nie mam na to czasu.

W najbliższym czasie sprawdzimy ile jest uklejek w Bugu, siądziemy w końcu (!) z odległościówką, a i jeszcze musi zostać czas na łowienie długim batem. Coś czuję, że spinning i feeder wrócą do domu nietknięte ;-)))

Oczywiście ryby szybko wróciły do wody i odpłynęły mocno chlapiąc ogonami ;-))))

środa, 30 lipca 2014

Uwaga na ZZA Osadnik!

Pamiątkowe zdjęcie uczestników PLWS
W niedzielę 20 lipca odbyła się druga tura Polskiej Ligi Wędkarstwa Spławikowego, która rozgrywana jest również w naszym województwie.  Tym razem areną zmagań 5 drużyn była rzeka Bug w Woli Uhruskiej. Miejsce to znane mi jedynie z wycieczek wędkarskich mojego Koła, jednak na nie wybierałem się wyłącznie ze spinningiem w ręce. Z uzyskanych informacji nieźle brał krąp, nawet na zawodach rozgrywanych dzień wcześniej była to "ryba dnia". I z takim nastawieniem ruszyłem na zawody... W niedzielę jednak rybą dominującą była... ukleja! Zdarzały się stanowiska, gdzie łowiono tyczką krąpie, jednak najwięcej punktów dawało szybkie odławianie uklejek blisko brzegu. Siedzący obok mnie Marek Kupisz po pół godzinie całkowicie rezygnuje z łowienia długą wędką i zajmuje się uklejkami, mimo że poprzedniego dnia wygrał kołowe zawody siedząc na tym samym stanowisku łowiąc tyczką krąpie i duże leszcze! Ostatecznie wykręca wynik 4 880 i wygrywa mój sektor. Ja zupełnie nieprzygotowany do takiego łowienia, co prawda mogłem założyć najmniejszego liścia (znalazłbym może jakieś 5gr) i łowić topem, ale... postanowiłem uparcie czekać na ryby spod tyczki. Nawet ostatnie 30 minut mogły zmienić sytuację - nie zmieniły ;-) Miałem 280 punktów, najgorszy wynik ze wszystkich uczestników, a drużynowo również zajęliśmy miejsce ostatnie. Gorzka pigułka do połknięcia i nauczka na przyszłość - nie nastawiać się wyłącznie na jedną metodę połowu i mieć zawsze coś na "w razie co" - przygotowanie krótkiego kija do łowienia pod brzegiem nie zajęło by dłużej niż 5 minut.

A teraz do głównego tematu dzisiejszego wpisu. Dwa dni wcześniej wraz z Grześkiem i Aśką (świeża klubowiczka, która już we wrześniu powinna zadebiutować w naszych barwach) byłem na Zbiorniku Zakładów Azotowych "Osadnik" w Puławach. Założenie - zrobić rozeznanie przed sierpniowymi zawodami Grand Prix Okręgu, właśnie tutaj juniorzy i kobiety stoczą bój numer 7 i 8. Sam Osadnik bardzo się nie zmienił - muł, brak ryb, chimeryczna ukleja (która dobrze żeruje na zawodach raz na 3 lata). Tylko nowy, wybetonowany brzeg jakby bardziej stromy, bardziej śliski i... głęboki! Wpadła mi nóżka od balkonu, próbując ratować się podbierakiem byłem w szoku jak jest głęboko i cały czas po ukosie! W dodatku zostały usunięte metalowe drabinki, które były co kilkanaście metrów. Jak dla mnie ten zbiornik NIE NADAJE SIĘ NA ZAWODY, SZCZEGÓLNIE DLA MŁODYCH WĘDKARZY, ZE WZGLĘDÓW BEZPIECZEŃSTWA!!! A raczej jego braku, te brzegi są po prostu niebezpieczne i o nieszczęście bardzo łatwo. Co innego, jak nieszczęśnik wpadnie po kolana, bądź po pas. Tutaj wpada się po same uszy, dodatkowo, wcale nie będzie łatwo się wydostać. Ktoś, kto organizuje tutaj zawody wędkarskie dla dzieci i młodzieży musi mieć nerwy ze stali bądź być niespełna rozumu.
Co do ryb? Taktyka Grześka zawiodła, natomiast u mnie nieco inne podanie towaru oraz dobór mieszanki zanętowej dość nieoczekiwanie przyniósł... sukces? Ze znakiem zapytania, gdyż wagowo nigdy tak nie połowiłem na Osadniku, ale sam nie jestem pewny na ile to było szczęście, a ile rzeczywiście trafiona taktyka. Można przyjąć, że wstępny plan jest, na pewno zostanie to powtórzone kilka dni przed zawodami, no i oczywiście trzeba dodać do tego łowienie uklejek - na nie na Osadniku trzeba być zawsze gotowym, a na piątkowym treningu z założenia nie były one naszym głównym celem.
Jak u Grześka po zawodach założenia zanętowe i taktyczne się sprawdzą to zdradzę Wam tajemnicę ;-) Oby mu poszło, wtedy już jedną nogą będzie na pudle klasyfikacji GPO juniorów, a kto wie, może i powalczy o zwycięstwo - czego mu serdecznie życzę!


PS. Jedno z założeń na rok 2014 wykonane - lin na tyczkę złowiony, ledwo wymiarowy, ale pierwszy!!! ;-))))))


sobota, 5 lipca 2014

Bat i mini wagler - dzień drugi

Największa ryba dnia
No i udało się! Wstać tuż po 4 i zabrać z lodówki robaki i nawet "moja" miejscówka była wolna. Pełen sukces! ;-) Dnia drugiego testów mini waglera z 7 metrowym batem wymieszałem zanętę SARS Grand Bream razem z gliną de somme naturalną. Mieszanka miała kolor mokrego piasku, postanowiłem zlepić nieco mniejsze kule niż wczoraj. Niestety, tuż przed nęceniem przewróciło mi się wiaderko i wszystkie gotowe już kule wylądowały w... wodzie, razem z pozostawioną mieszaną do donęcania.... No pięknie! Kule mocno napiły się wody, a ich konsystencja zaczęła przypominać plastelinę. Pięknie, wszystko przemoczone. Można by rozkruszyć kule, wystawić na słońce i odczekać z pół godziny, może odrobinę wody by odparowało, ale... nie ma czasu - rzucamy! ;-) Zobaczymy co będzie ;-) Mała kulka pod nogi - ale beton! Nic nie puszcza ;-) Powoli się obsypuje, ale to nie jest to co chciałem. Miało być przy dnie, ale z delikatną chmurką, a tak... sam nie wiem co z tego wyjdzie. Po kilku minutach ukleja. Później druga i dwie małe wzdręgi. Robaki na haczyku robią swoje! Pierwsze 10 minut i 8 rybek wyjętych - nie jest źle, ale są to małe ryby. Po chwili wchodzą krąpiki, a pierwszą godzinę kończę z 19 rybami - tyle co w 2 godziny poprzedniego dnia. Trochę słabo, planowałem, że złowię ich 60 w 2h ;-) Brania siadają, nic się nie dzieje, donęcenie też nie daje rezultatu. Podnoszę haczyk wyżej - znowu są! Jedna, druga, trzecia! Nie minęło 2 minuty i znowu cisza. Zaczyna wiać porywisty wiatr, trudno celnie zarzucić 1,5gramowym spławikiem, ale chociaż można przetestować mocowanie spławika. Spisuje się idealnie, woda jest pomarszczona od wiatru, robi się nawet delikatna falka, a spławik jakby zakotwiczony, co więcej - żadna ze śrucin nie leży na dnie!
Momentami nieźle wiało
Pół godziny do końca 2 godzinnego treningu, zakładam na haczyk kukurydzę. I znowu zaczynają się brania, w dodatku większych ryb! Krąpie na zmianę z płotkami, których do tej pory nie było. W sumie mam 45 ryb, pora się zwijać. Czy możliwe jest złowienie 60 rybek? Myślę, że tak, a pomóc w tym by mogło:
- lepsze przygotowanie stanowiska (siedziałem na krzesełku w wodzie, konieczna jest obok wbita sztyca z karuzelą, na której będą wszystkie niezbędne rzeczy, takie jak przynęty, zanęta na donęcanie, przypony, itp;
- mocniej pracująca zanęta, wydaje mi się, że lepiej sprawdziłaby się zanęta np. Grand Roach SARS. W dodatku należałoby ją przygotować niedomoczoną, tak aby maksymalnie wykorzystać jej składniki, które wypijając wodę zaczną się unosić.
- dobrym rozwiązaniem może być strzelanie procą przynętami takimi jak: pinka, kukurydza, gotowane konopie - w małych ilościach, ale dość regularnie. Miałem około 110cm gruntu, czyli dość płytko i wydaje mi się, że częste rzucanie nawet małymi kulkami odstrasza rybki;
- czarna kredka do oczu - oczywiście, aby pomalować antenkę na czarno ;-) Dość gruba antenka spławika momentami była słabo widoczna na wodzie przy odbijającym się słońcu, co dość mocno męczyło oczy.

Na pewno niebawem jeszcze raz zjawię się w tym miejscu, "uzbrojony po zęby" tak jak trzeba. Czy padnie liczba 60 rybek w 2h? Myślę, że tak. Mniej zanęty, więcej chmury, mniej przynęt na raz, wszystko co potrzeba pod ręką. Tak czy inaczej sposób mocowania spławika do dłuższego bata się sprawdził i gdy po raz kolejny będę musiał zastosować kij o takiej długości spławik zamontuje właśnie w taki sposób. Przy zatopieniu szczytówki bata cała żyłka znajduje się pod wodą i nie jest podatna na ściąganie przez wiatr, a w efekcie nasz spławik znajduje się ciągle w miejscu, gdzie wylądował po zarzuceniu.



piątek, 4 lipca 2014

7 metrowy bat z "dziwnie" mocowanym spławikiem

Oto moja miejscówka, wygląda bosko!
Co się odwlecze to nie uciecze... Tym sposobem miałem łowić już jakieś 3 tygodnie temu, jednak wtedy nie pozwoliła za bardzo pogoda (deszcz) i takie tam... ;-))) Kilka luźniejszych dni postanowiłem połowić dość nietypowo - 7 metrowy bat (wstyd się przyznać, ale za bata dłuższego niż 5 metrów biorę się chyba po raz pierwszy) z dość nietypowo mocowanym spławikiem. Jakiś czas temu obejrzałem filmik o łowieniu batem podczas mocnego wiatru (kliknij aby obejrzeć) z tzw. mini waglerem. Uznałem to za fajne rozwiązanie no i musiałem spróbować. Łącznik możecie wykonać sami - wystarczy krętlik bądź łącznik do waglerów oraz silikonowa rurka. Spławik wybrałem Sensasa, mało używany (właściwie od lat), w końcu się przyda, o gramaturze 1,5gr ze względu na długość kija. Bacik Mikado Tournament 700, dwa wiadra, miska, sito, wypychacz, haczyki i jazda. Nad wodą okazało się, że zapomniałem... robaków. No pięknie! Miałem puszkę kukurydzy, na szczęście, szybka myśl - nie wracam, łowię na kuku. Miejscówka, która zamierzałem zająć, na szczęście była wolna, to moje ulubione miejsce. Musicie przyznać, że wygląda super. Zestaw już miałem wyważony, zrobienie zanęty, dodanie gliny, gruntowanie - wszystko to zajęło chwilkę. Można było przystąpić do wędkowania. Nie miałem żadnych problemów z zarzucaniem, wychodziło mi to płynnie i sprawnie, nie było też żadnych poplątań mimo dość nietypowego połączenia spławika z żyłką.
Mały krąp - typowy mieszkaniec tego jeziorka
Użyłem zanęty SARS Lin Karaś 1kg, do tego dodałem całą paczkę gliny argile jasna. Dwie małe kulki pod nogi aby sprawdzić (raczej potwierdzić przypuszczenia) pracę - kulka z czystą zanętą obsypywała się, bez chmurki, bez składników windujących. Kulka zanęty z gliną obsypywała się szybciej robiąc delikatną chmurkę (która zapewne powstaje przy ruchu ryb bądź przy uciągu). Czyli jest tak jak chciałem - mieszanka po opadnięciu na dno ma się obsypywać, ale nie windować - ma być dywan. Po pierwszych 10 minutach zorientowałem się, że nie widać antenki (w takich okolicznościach przyrody trudno było się skupić od samego początku), zacięcie, spławik wylatuje z grążeli na pusto. Nie jest źle - pomyślałem, może będą kolejne brania, wystarczy tylko patrzeć na antenkę. Kolejne brania były, średnio po 3-5 minutach, niestety nie mogłem ich zaciąć. Raz - trochę czasu upłynęło zanim "wytrenowałem" odpowiedni ruch do zacięcia (nie za szybko, nie zamaszyście), a dwa - wydawało mi się, że ziarnko kukurydzy może być za duże dla pysków małych ryb. Postanowiłem zmienić haczyk na ciut większy (powinno zwiększyć skuteczność zacięcia) i zakładałem połówkę kukurydzy. Równocześnie donęciłem 2 kulami. Brania były niemal natychmiast - po złowieniu 5 ryb postanowiłem ponownie zakładać całą kukurydzę. Brały znacznie większe (niestety - nie duże) ryby, w sumie w niecałe 2 godziny dość spokojnego łowienia miałem 8 krąpików, 7 fajnych płotek, 2 leszczyki i 1 wzdręgę. Ryby szybko wypuszczałem, chwytając je mokrą dłonią. Zdjęcia zrobiłem tylko pierwszym rybkom - nie ma sensu robić każdej fotki portretowej, leszczyki były ciut większe od krąpia ze zdjęcia (tylko 2 krąpie były mniejsze), a płotki niemal identyczne (jedna była większa od tej na zdjęciu o jakieś 5-7cm). Pogoda była piękna - słońce, bez wiatru, spławik po zarzuceniu i zatopieniu żyłki cały czas stał w miejscu, w którym wylądował. Jutro rano również się wybieram, tym razem zamierzam łowić szybciej, a pomóc mi w tym powinny robaki, których może tym razem nie zapomnę. Może będzie wiało - wtedy ostatecznie będę mógł ocenić ten sposób montowania spławika przy połowie batem. Poniżej jeszcze kilka fotek z dzisiejszego wypadu.



czwartek, 12 czerwca 2014

Mistrzostwa Koła Haczyk i Klubu Sensas Haczyk

Bartek tego dnia był w świetnym
humorze jak i dyspozycji ;-)
W sobotę 7 czerwca na zalewie w Chodlu odbyły się Spławikowe Mistrzostwa Koła PZW Lublin Haczyk oraz Klubu Wędkarskiego Sensas Haczyk. Początkowo zawody klubu miały się odbyć niemal miesiąc wcześniej na rzece Wieprz, jednak nagłe burze i znaczny wzrost poziomu wody w rzece zmusił nas do odwołania zawodów. Nie mieliśmy wyboru, turę klubową musieliśmy rozegrać tego samego dnia co zawody koła (tylko jeden nasz klubowicz nie należy do Koła Haczyk, ale podobno w 2015 roku wszyscy klubowicze będą również skupieni w jednym kole wędkarskim), co zapowiadało całodzienny maraton. 

Poranne, kołowe zawody zwyciężył będący pierwszy rok w szeregach Koła Haczyk Lech Olejniczak, który złowił ciut ponad 2kg ryb. Drugie miejsce należało do ubiegłorocznego mistrza - Andrzeja Wasila, u którego waga wskazała 1 120 gram, a trzecie miejsce zajął Bartek Kurenko z wynikiem 915 punktów. 
Co miało wpływ na wyniki? Zdecydowanie duża ilość niewymiarowego okonia, który skutecznie psuł każdemu z zawodników budowanie wyniku.
Ponownie tuż za podium Rafał
z bonusowym złotym karasiem
Po porządnym grillu przystąpiliśmy do tury klubowej. Tym razem wyniki okazały się ciut lepsze. Zwyciężył prezes Piotrek Magnuszewski, który uzbierał 3 260 punktów! Świetny wynik! Drugie miejsce dla Bartka (2 390), trzeci jest Andrzej (1 350), a czwarty podobnie jak w przypadku porannych zawodów - Rafał Bułdin.

Ja tym razem rządziłem przy grillu, podpatrywałem kolegów, robiłem zdjęcia. Miałem wziąć odległościówkę, ale... postanowiłem, że jednak odpuszczę te zawody. Na Mistrzostwa Okręgu i tak się nie wybieram, mimo iż mam zagwarantowane miejsce z racji ubiegłorocznego, dobrego startu w Grand Prix Okręgu, ale i tak na zawody te się nie wybieram - są rzeczy ważne i ważniejsze ;-)

Zbiornik w Chodlu jest pięknie umiejscowiony, łowiąc tutaj można rzeczywiście się zrelaksować. Byłem tu po raz drugi, wcześniej łowiłem tu na początku maja (z drugiej strony brzegu), co zresztą opisałem w jednym z wcześniejszych wpisów.

Teraz kilka dni odpoczynku... z wędką w ręce - mam nadzieję ;-))) Na pewno z kijem spinningowym, ale mam mocny zamiar połowić długim batem z dość nietypowym zestawem - jeśli uda mi się znaleźć w tych dniach nad wodą, na pewno podam Wam szczegóły tego "tajemniczego" treningu ;-)

A na koniec Bartek i jego pewny oraz spokojny hol bonusowego karpika, miłego oglądania!



środa, 28 maja 2014

Krok do przodu!

Łukasz Gałązka - bezapelacyjny zwycięzca zawodów
W końcu!!! Oczekiwałem tego, że zalew Zemborzycki może być dobrym łowiskiem na odwrócenie karty. Właśnie na tym zbiorniku w ostatnich latach czuje się pewnie i moje wyniki przeważnie mnie satysfakcjonują. Czy zawody te okażą się przełomowe? To się okaże...
Pierwszą turę trzecich zawodów z cyklu Grand Prix Okręgu zacząłem od bardzo dobrego losowania - wylosowałem stanowisko, na którym w ubiegłym roku zarówno w sobotę jak i niedzielę zrobiono 1 sektorową (ja w niedzielę). Wiedziałem, że jeśli nic nie zepsuję, to stanowisko to powinno dać mi miejsce z zakresu 1-5. Początek miałem zgodnie z planem, 12 ryb w pierwszej godzinie to dobry wynik, tym bardziej, że boki nie szalały. Druga godzina to kolejne 10 ryb - jest dobrze, na półmetku tury jestem na pewno w pierwszej trójce. I wtedy zdarzyła się rzecz dziwna... Przestałem łowić, nie... cała prosta na której siedziałem przestała łowić! Do końca zawodów dołowiłem może ze 3 ryby. Gdybym jeszcze tylko ja przestał łowić, to rozumiem, mógł się przytrafić jakiś błąd, ale żeby kilka osób pod rząd nie miało właściwie brań? Na moje nieszczęście, końcówka sektora siedząca w płytszej zatoce łowiła do samego końca - turę kończę 7 na 18 zawodników w sektorze B z wynikiem 2 615pkt. Na pewno w tym czasie woda stanęła, delikatny uciąg, który był właściwie przestał być odczuwalny, ale czy tylko to mogło być powodem braku ryb? Kombinowałem na wiele sposobów, nawet w pewnym momencie dorzuciłem kilka kulek ręką (co zresztą zrobiło też kilku, również nie łowiących w tym czasie) i nic.
Najlepszy wynik zawodów to niecałe 5kg. Słabo patrząc na co weekendowe zawody rozgrywane przez ostatni miesiąc, gdzie zawodnicy z czuba osiągali po 10 000 punktów.
Niedziela - losowanie ponownie mogę uznać za dobre. Przypadło mi stanowisko na tzw. "piachu", w sobotę wykręcono tu 1 640 punktów, co dało miejsce 7 w sektorze A. Pogoda ta sama, już chyba 5 czy 6 dzień, a mimo to nikt nie wiedział, czy ponownie będzie dość słabo, czy może ryby w końcu zaczną porządnie gryźć.
Grzesiek zwycięzcą sektora junior/kobieta!
Większość osób przewidywała lepsze wyniki, ja również, mimo to ponownie zanęciłem asekuracyjnie - wiadomo, lepiej dołożyć, bo wyjąć już się nie da ;-) Pierwsza godzina to rewelacja, nie wiem czy nie najlepszy wynik całego sektora - 17 ryb w tym leszcz za dobre 700-800 punktów. Druga godzina wprowadziła u mnie lekki niepokój - o 7 ryb mniej i zdecydowanie mniejsze. Trzecia godzina to tylko 3 ryby, więc zapowiadała się powtórka z soboty... Na szczęście w ostatniej godzinie znowu udało mi się kupić rybki i właściwie w ostatnich 40 minutach dołowiłem ich 13. Boki po raz drugi z rzędu "pyknięte" co jest dla mnie zawsze priorytetem, a waga pokazuje 7 775 punktów! O 770gram poprawiam swój najlepszy wynik w zawodach w Zemborzycach, ale niestety ten wynik daje mi dopiero 5 miejsce w sektorze. Tym razem na początku sektora 4 zawodników zrobiło wyniki rzędu 9-10kg.
Jak łowiłem? Spławiki te same przez 2 tury - Vimba V25 oraz V26 z zakresu 0,6 - 1,2gr, w tym dwie gruszki na węglowym kilu. Najlepiej łowiło mi się na te najniższe gramatury i przeważnie 3-5cm na dnie. Na haku pojedyncza ochotka, a brania były bardzo delikatne - szczególnie w sobotę. Zanęta to na sucho: 0,3L Etang oraz 0,3L Gros Gardons Sensas plus 0,7L Grand Bream Sars. Gliny: 4kg argille naturalna, 2kg argille czarna, 2kg wiążąca. Do mieszanki szedł wyłącznie jokers, dość sporo po zużyłem go jakieś 0,8L, odrobina słodzika i epiceine. W niedzielę dokonałem pewnych korekt, a mianowicie 0,5L Etang oraz 0,3L gros gardons Sensas plus 0,3L Grand Roach Sars. Gliny to wyłącznie argilla - 4kg naturalnej plus 4kg czarnej. Jok, słodzik, epiceine, nic więcej. Jedynie do kulek pod odległościówkę dawałem argilę z wiążącą pół na pół, a tam sporo kastera, pinki i białego topionego.
Co zrobiłem dobrze?
- na pewno wstępne nęcenie było dobre (no może jeszcze ciągle mam zastrzeżenie co do celności kul z ręki, ale jak się nie jeździ w ogóle prawie na ryby to tak jest...). Odpowiednia konsystencja, odpowiedni dobór zanęt i glin - ilość ryb w pierwszych godzinach tur może to tylko potwierdzić (gdy niektórzy zawodnicy w pierwszej godzinie przeważnie patrzyli się na spławik)
- odpowiednie zlokalizowanie punktu najlepszych brań - to moim zdaniem bardzo ważny aspekt, często ten punkt jest nieco przesunięty od kul kubkowych, właściwie rozeznanie się gdzie i jak wstawiać zestaw to klucz do sukcesu na zalewie Zemborzyckim
- odpowiednie wyciągnięte wnioski po przestoju i zakończeniu brań w sobotę, w niedzielę doprowadziłem niemal do identycznej sytuacji, jednak udało mi się przywołać ryby raz jeszcze
- dobrze polosowałem. To fakt ;-) Na pewno miało to wpływ na niezły wynik końcowy ;-)
Co zrobiłem źle?
- pozwoliłem rybom odpłynąć. Jak w niedzielę jeszcze udało mi się wrócić do łowienia, tak w sobotę końcówka zawodów to jedno wielkie zero, mimo prób i wysiłków. Wydaje mi się, że za mało donęcałem kubkiem, właśnie wtedy, kiedy ryby były. Robiłem to za rzadko, w niedzielnej finałowej godzinie dawałem rybom kulkę co 2-3 ryby bądź co 10 minut. Szkoda, że to był koniec zawodów, sam jestem ciekaw kiedy bym je przekarmił (niestety kłania się brak treningu)
- w sobotę zapomniałem kołowrotka, więc odległościówki nawet nie rozkładałem. Na początku gapiostwo nie bolało - wylosowałem przecież dobre stanowisko, jednak jestem pewny, że w takich warunkach sięgnął bym po wędkę z kołowrotkiem i może podczas tej ciszy udałoby mi się złowić 2-3 rybki, które mogłyby mi dać może ze 2 pozycje wyżej
- więcej grzechów nie pamiętam ;-))))

Ostatecznie kończę zawody na 13 miejscu (na 55 zawodników) z 12 punktami sektorowymi. Biorąc pod uwagę dotychczasowe moje wyniki w tym roku należy się cieszyć - pierwsza "15" w zawodach GPO to mój cel, jeśli chodzi o każdy start. Oczywiście - mogło być lepiej, no ale doskonały nie jestem... Jeszcze ;-)))))

Drużyna tym razem również wypadła dobrze, zajęliśmy 4 miejsce z 54 punktami sektorowymi, głównie dzięki zwycięzcy sektora junior/kobieta - Grzegorza Błaszczyka, który miał 4 punkty. Grzesiek wywalczył już trzecią "1" sektorową w tym sezonie, po raz pierwszy wygrał zawody GPO i tym samym po 3 tegorocznych zawodach został liderem cyklu GPO w swojej kategorii!!! Brawo, trzymam kciuki za końcowy sukces, a to dopiero jego 10 tura w GP, oby druga dycha była jeszcze lepsza!

Kolejne tury GPO dopiero pod koniec sierpnia. Start na ZZ to mój jedyny weekend z wędką na tej wodzie - a jest ona najbliższej... oto co robi brak czasu. Mistrzostwa Okręgu też na zalewie, ale mnie raczej na nich nie będzie - mam o wiele ważniejsze zaplanowany ten weekend, nie wędkarsko ;-) Oby do urlopu - czuję, że wtedy się nałowię ;-) Oby tylko w Bugu był normalny poziom wody i... normalne ryby ;-)))

piątek, 16 maja 2014

Płociowa porażka

Niedzielne męczarnie - niby słońce, ale momentami okrutnie wiało
W końcu pierwsze "ważniejsze" zawody za mną. Niestety... nie potoczyły się tak, jakbym tego oczekiwał. Do Łukowa na 2 zawody z cyklu Grand Prix Okręgu pojechałem już w czwartek rano, zaczynając od treningu. Razem z kolegą z drużyny Andrzejem zajęliśmy dość przeciętne stanowiska. Ilość złowionych ryb nie powaliła, tzn. ilość ryb punktowanych. Mieliśmy mnóstwo niewymiarowej wzdręgi oraz okonka. Andrzej złowił w sumie 3 płotki, ja ani jednej. Postanowiłem wsadzić wędkę w haki, założyć na haczyk kukurydzę i czekać na ewentualne branie większej ryby. Po 40 minutach branie było, guma pięknie wjechała pod wodę, niestety ja... byłem przy stanowisku Andrzeja ;-) Zacięcie niestety było puste, za późno. Taki sam manewr powtórzyłem, jednak kolejnego brania nie było. "Polowanie" na bonusowego karpika czy leszcza było zbyt ryzykowne na zawodach. Chociaż, gdybym nie miał żadnych punktów po 2 godzinach, to kto wie... Po przyjechaniu do domku okazało się, że nasz "towar" nie wygląda najlepiej. Właściwie od godziny 15 w czwartek aż do samych zawodów trwała reanimacja joka - ciągłe płukanie i owijanie w ręczniki. Wieczorem grill - jak się okazało, jedyny dłuższy, wieczorny relaks (niestety). Piątek minął na drobnych przygotowaniach ze strony organizacyjnej (byłem jednym ze współorganizatorów tych zawodów) oraz dalszej reanimacji robactwa. W pierwszej turze losuję nienajgorzej, sektor A gdzie jest najwięcej płoci. Zaczynam nie najgorzej, przynajmniej boki mnie mocno nie leją ;-) Niestety, łowię więcej jazgarków niż płotek, co na pewno odbije się na wadze. Pod koniec sektora pada pierwszy bonusowy karpik... Taka ryba od razu winduje szczęśliwego łowcę kilka pozycji wyżej. Mniej więcej godzinę przed końcem mam branie, chyba większa płotka albo duży okoń, ryba idzie razem ze mną do brzegu, gdy jest blisko widzę, że to bonus (duży karaś albo karpik). Postanowiłem ją wyholować do siatki z 1 elementem dołożonym do 3-elementowego topu, ale ryba gdy widzi brzeg zawraca i płynie w wodę. Doczepiam wędkę, ostrożnie daję jej poszaleć, taki bonus to prawdziwy skarb! Mniej więcej w połowie wysuniętej tyczki pęka przypon!!! Co za pech! W ostatnich 40 minutach odławiam kilkanaście płotek (szkoda, że tak nie było od początku), na haczyk zakładam jedną białą pinkę i ochotkę - taka kombinacja jest teraz skuteczna, chociaż wcześniej nie zdawała egzaminu.Przy ważeniu waga wskazuje 1 185 gram, boki mnie ogrywają, jestem daleko bo 11 na 16. Z bonusem w siatce było by miejsce 5-6, czyli już o wiele lepiej, ale "na nie wyjęte ryby się nie gra". Drugi dzień i losowanie ciut gorsze, sektor B. Jedno stanowisko obok dnia 1 łowił kolega z klubu łowiąc około 90 jazgarzy plus kilka płotek, na których zbudował wynik. Dało mu to niezłe, 5 miejsce w sektorze. Tym razem o wiele przyjemniejsza pogoda, słońce, czasami zawiało, ale chociaż nie pada jak przez większość 1 tury. Do wody idzie to samo co dnia pierwszego, niestety, jazgarzy nie widać. Jest za to chmara drobnego okonia. Mniej więcej w połowie zawodów do siatki trafia wymiarowy jaź, który jak się później okazuje ratuje mnie przed zupełną kompromitacją. Pod koniec zawodów woda znowu nieco ożywia, odławiam na zmianę kilka jazgarków i płotek. Wynik tragiczny, troszkę ponad pół kilo i 13 miejsce na 15 startujących. Jedno trzeba przyznać, tak tragicznego wyniku się nie spodziewałem. Wiedziałem, że powtórzenie wyniku sprzed roku (dwie jedynki sektorowe) jest raczej niemożliwe, ale liczyłem na jakieś 10-15 punktów sektorowych. Tym razem zostałem pokonany, wręcz rozłożony na łopatki ;-) Słabo przygotowany jok i ochotka, ogólne zmęczenie, niewyspanie, i co najważniejsze - nietrzymanie się schematu sprzed roku. Zabrakło kilku drobnych spraw, być może kluczowych, zabrakło wędkarskiego szczęścia. Zanęty dałem (0,3L na sucho) mało i było to wyłącznie gros gardons Sensasa, ale za to zmielony. Do tego doszło 4kg ziemi bełchatowskiej, 2 kg rozpraszającej i 2 kg Glinki Extra Górka. Trochę joka, zero pinki. Żadnych atraktorów czy innych dodatków. Druga tura podobny schemat.  Łowiłem za dużymi gramaturami, trzeba było usilnie trzymać się spławików 0,4 czy 0,6gr. Niestety ochotka hakowa nie była nawet dobra, co też pewnie miało jakiś wpływ. Ale co najważniejsze, zawiódł łowiący, czyli ja. Łowienie niemal "z marszu", właściwie po 4 dotknięciu tyczki nie było w moim wykonaniu nawet poprawne, nie mówiąc już o rzucaniu kul ;-)

Rafał Walczak - organizator zawodów - próbuje mi
podpowiedzieć kilka trików, niestety, nic nie pomaga
Dzień rewanżu mógł nadejść szybko - w kolejną sobotę startowałem w zawodach Polskiej Ligi Wędkarstwa Spławikowego województwa lubelskiego. Pięć trzyosobowych drużyn, mały ale urokliwy zalew w Chodlu i płotka jako cel numer 1. Losuję przedostatnie stanowisko w ostatnim sektorze, nie jest źle. Po gruntowaniu decyduję się łowił w głębszej rynnie bez 3 elementów! W tym miejscu grunt był większy o dobre 30cm niż na 11 czy 13 metrze. Postanawiam wszystko postawić na jedną kartę i nęcić 1 punkt. Do wody poszło 0,5L zanęty Etange Noir oraz 1L Grand Roach firmy SARS, po namoczeniu i przetarciu spokojnie ilość zanęty się podwoiła. Z glin zastosowałem 4 kg ziemi bełchatowskiej, 2kg rozpraszającej oraz 1kg Glinki Extra Górka. Niestety, koszmar z Łukowa powrócił - łowiłem okonki jak palec. Co dziwne, wcale nie rzuciłem dużo joka, w sumie na 4 godzinne zawody miałem go ćwiartkę. Tym razem towar było dobry, ale za bardzo nikt nie łowił. Po kilkudziesięciu minutach pada pierwszy bonusowy karpik w moim sektorze, za chwilę kolega po prawej również wrzuca do siatkę taką rybę. No pięknie, pozostaje mi już chyba walka o miejsce 3, nie ma co się napalać na bonusa bo w tych zawodach liczy się punktacja drużynowa. Niestety ciągle wyciągam okonki, po pierwszej godzinie mam tylko 5 płotek. Przez kolejne 2 godziny nie dzieje się nic ciekawego, no może oprócz szalejącego deszczu, który raz "ciapie" by za chwilę lał jak z cebra. W ostatnich 40 minutach coś się dzieje, jest płotka za płotką, może co 3 ryba to okonek. Po każdym wstawieniu zestawu strzelam procą 4-5 pinek, próbuję tak utrzymać płotkę jak najdłużej. Łowię ryby do samego końca, staram się to robić jak najszybciej, kolega z prawej ma również stadko płoci, także we dwóch śmigamy tyczkami. Zwycięstwo było bliskie... drużynowe ;-) Ja zajmuję niestety 4 miejsce na 5 osób w sektorze, wynik to 700 punktów. Zabrakło 70 gram aby wskoczyć 1 oczko wyżej, dość ważne, bo jak się okazuje w takim przypadku zajęlibyśmy 1 miejsce drużynowe, a tak jesteśmy na najniższym stopniu podium. Kolejne 2 tury w lipcu i sierpniu na rzece Bug - i tego powinien mi zazdrościć każdy zawodnik z Okręgu Lubelskiego, który nie zapisał się do tego cyklu zawodów!

Płotki po raz drugi dały mi nauczkę. W każdym z tych 3 dni najlepiej łowiło mi się w końcówce. Może stadko wpływało wcześniej, ale nie potrafiłem go przytrzymać. Może należało spokojnie czekać, bez donęcania, dać "najeść się okonkom" i nie donęcać kolejnych kulek, a po każdej płotce strzelać procą (konopiami bądź pinką) starając się w taki sposób zatrzymać na dłużej płotki? Nie wiem... Dużo spraw zawaliłem, dużo rzeczy jest ze znakiem zapytania, za rok będzie być może ostatnia szansa poprawy na Łukowie, bo zbiornik podobno ma być gruntowanie przebudowany i zapowiada się kilka lat bez łowienia na "Zimnej Wodzie", a po przebudowie jego charakter może się nieco zmienić.

Kolejne zawody 24-25 maja na zalewie Zemborzyckim, od dłuższego czasu idzie mi tam nieźle, ale w takiej dyspozycji nie jestem za bardzo pewny dobrego wyniku ;-) Już na trochę ponad tydzień przed zawodami  pierwsze przygotowania - lektura opisu startów z poprzednich zawodów na zalewie, wstępna selekcja i sprawdzenie  zestawów, którymi zamierzam łowić, dowiązanie przyponów czy dzisiejsze mycie białego robaka, z którego będę robił kastery - mam czas, więc mogę się pobawić. Czy zawody na ZZ przyniosą przełom? Na razie idzie mi słabiutko, apetyt był znacznie większy... Niestety, po raz kolejny nie uda mi się zaliczyć żadnego treningu, trzeba będzie się opierać na doświadczeniach kolegów z klubu, część z nich na pewno "przywita się z woda" na kilka dni przed zawodami ;-) Trzymajcie kciuki!!! Blog zupełnie inaczej się uzupełnia pisząc o sukcesach, a nie porażkach ;-)))


wtorek, 13 maja 2014

Pierwsze koty za płoty...

Pierwsze Grand Prix Okręgu w Bychawie za mną... Dosłownie. Niestety, cykl zawodów zaczynam od punktów za nieobecność, tym razem zmogła mnie choroba i nie dałem rady powrócić do sił, aby móc startować. Szkoda.
Pod koniec kwietnia przyglądałem się zmaganiom kolegów z klubu na zawodach o Puchar Przewodniczącego Związków Zawodowych MPK (czy jakoś tak), które rozgrywane były na zalewie Zemborzyckim. Poziom wody nadal niski, leszczyki dłoniaki trące się pod samym murkiem, ryba podobno "bierze". Rok temu w tych samych zawodach udało mi się zająć drugie miejsce, tuż za kolegą z klubu. We dwóch mieliśmy znaczną przewagę nad kolejnymi zawodnikami, we dwóch również idealnie wstrzeliliśmy się z metodą połowu - gdy większość łowiła na tyczki, my praktycznie całe zawody machaliśmy krótkimi kijami. Tym razem wariant łowienia krótkim batem przez całe zawody odpadał, poziom wody był za niski. Można było na początku zawodów odłowić kilka stanowiskowych rybek i to wszystko, zamiast bata można było również użyć skróta. Leszczyki należało łowić tyczką. Wyniki mnie nieco zszokowały - pozytywnie. Dwa wyniki ponad 10 000, kolejny 9000 i 7000, wydawało mi się, że najlepsi będą mieć w granicach 6-7 kg. Całe zawody wygrywa Irek Stępień - brawo!
Dzień później moje pierwsze zawody w 2014 roku i... "mój" Puchar Hajdowa ;-) Zawody bardzo towarzyskie, z małą ilością typowych "zawodników", ale bardzo trudne ze względu na słaby rybostan, ciężką technicznie wodę i dużą zależność wyniku od wylosowanego stanowiska. Ja losuję... sam nie wiem, czy dobrze czy źle, raczej słabo. Ostatni numerek 25, stanowisko zamykające, na rzece nie jest to faworyzowane stanowisko, ale co tam ;-) Wiem, że łowię w płytkim odcinku, po gruntowaniu okazuje się, że
tam nie więcej niż 70cm... Płytko... Dno równiutkie, żadnych dołków, żadnych górek, blat - też nie najlepiej. Decyduję się łowić w najgłębszym miejscu, może 1,5 - 2 metry od przeciwległego brzegu. Uciąg oceniam na około 3-4 gramy, zakładam bombki Vimby 2,3 i 4 gramy. Już 4 można mocno spowolnić zestaw i przepływać niemal dwukrotnie wolniej niż nurt wody. Użyłem 1 paczki zanęty płoć SARS, 2 paczki gliny rozpraszającej Eco-System oraz paczkę Glinki Extra Górka. Do tego około 0,3 joka, garść pinki, wszystko zrobione w 3 konsystencjach, odrobina bentonitu. Na tym odcinku rzeczki z pełną świadomością łowię glinami rozpraszającymi. Wiążącej użył bym jedynie na szybszym uciągu i to też w mniejszości w stosunku do rozpraszającej. O tej porze roku ryb jest mało, do wody idzie tyle towaru, że ryba chyba wariuje po wrzuceniu kul ;-) Moim zdaniem najważniejsze jest wyłapać każdą rybkę w zasięgu naszego stanowiska i starać się podkraść co nieco sąsiadowi. Kilogram ryb w 3 godzinnej turze daje pewne podium, a często nawet zwycięstwo w zawodach. Po treningu kolegi z klubu wiedziałem, że ryby reagują wyłącznie na szybkie prowadzenie zestawu (stąd też mój wybór spławików). Razem z kolegami ustaliliśmy, że nęcimy wyłącznie kubkiem - na tak małej i płytkiej rzeczce, podanie towaru kubkiem może być tylko dla nas z korzyścią, ryby nie są tu nauczone do takiego bombardowania. Pierwsza godzina - tragedia, nawet nie miałem brania, 7 zawodników po mojej lewej ręce podobnie - siedzimy w najsłabszym odcinku rzeki. Zaczynam kombinować, na zostawiony pusty top zakładam 5gr skrzydło, którym mogę bardzo wolno prowadzić zestaw, jeszcze 2-3 gramy więcej i mógłbym postawić stopa ;-) Zaczynam donęcać, rytmicznie, co około 10 minut 2 kulkami. Na początku ostatniej, 3 godziny (zawody towarzyskie - na takim dystansie czasowym walczyliśmy) odławiam małego leszczyka, jakieś 20 minut później płoteczkę. Niestety, więcej ryb nie ma. Wybroniłem się przed zerem, zawodnicy na 7 stanowiskach po mojej lewej mają jeszcze gorsze wyniki (jedna osoba ma ciut więcej jednym jaziem). Obydwie rybki złowiłem na listka, mocno spowalniając spływ zestawu. Ostatecznie zajmuję 10 miejsce na 25 startujących, wynik oczywiście mnie nie zadowala, ale cóż... Wygrywa kolega z klubu, który 5 rybami robi wynik około 800 punktów, drugi kolega z klubu zajmuje 3 czy 4 miejsce. Drużynowo świetnie, gdybym lepiej polosował czuję, że byłbym w czubie razem z nimi. Andrzej - gratulacje! Piwo się należy, to ja Cię namówiłem na te zawody ;-)))))
Za rok jak terminy ważniejszych zawodów się nie pokryją to Pucharu Hajdowa nie odpuszczam. Dopóki nie wygram ;-) Gdybym jeszcze znalazł czas na 2 treningi przed zawodami, było by ekstra ;-) Mam nadzieję, że wrócę tu w lipcu (jeśli czas i poziom wody pozwoli), wtedy można liczyć na rybkę nawet co 2-3 przepłynięcie.

poniedziałek, 31 marca 2014

Falstart...

Nie tak to miało wyglądać... W związku, że przełożono miejsce zawodów Grand Prix Okręgu nie było większego sensu jechać na Majdan Zahorodyński. Kilkadziesiąt kilometrów dalej wiedziałem o istnieniu rzeczki, która na pewnym, leśnym odcinku ma bardzo dziki charakter. O tym, że są tam ryby wiedziałem - wiedziałem je łowione na własne oczy. Zajeżdżam przed 7 i... pustka, nad brzegiem nie ma nikogo, a to przecież sobota. Dziwne, byłem tu kilka razy ze spinningiem i nigdy nie było tak, abym był sam. No nic, wybieram znane mi miejsce, gdzie podobno jest ciut głębiej. Po gruntowaniu jestem zaskoczony po raz pierwszy... tu jest dobre 2,5metra! Pełną "13-stką" niedużo brakuje by sięgnąć drugi brzeg, ja będę łowił w tej głębokiej rynnie, spokojnie odejmuje 3 ostatnie elementy. Rzucam siatkę, oj! wyleciała mi z rąk ;-) Spokojnie się zanurza, a ja równie spokojnie rozkładam sztycę od podbieraka, siatka tonie, a ja powoli zaczynam próbować ją wydostać sztycą. I tu zaskoczenie numer 2. Już pół metra od mojego brzegu również jest ponad 2 metry!!! Jakbym się nie starał, nie ma szans bym wydobył siatkę. (Dzień później próbowałem zahaczyć ją ciężką główką z kotwiczką na grubej żyłce, ale po 30 minutach dałem sobie spokój. Nawet nie udało mi się jej zahaczyć). No nic, szykujemy zestawy, wodę oceniam na 2-3 gramy, otwieram pudełko specjalnie zabrane na to miejsce i... pięknie! Zapomniałem bombek. Najmniejszy spławik rzeczny to skrzydełko 5gr! Co za dzień! Przeglądam kasety z zestawami na wody stojące, wybieram półtora gramowego V26 Vimby. Nie jest źle, da radę nieco spowolnić spływ, ale... kurczę, nie ma brań! Kulki (dość spore) w ilości 6 podałem kubkiem, nie chciałem walić gałami w tak małej rzeczce. Po raz pierwszy stosuję zanęty firmy SARS, które będę testował w tym roku, miała być inna marka, ale... będzie SARS ;-) Samej zanęty jest jakieś 0,7L przed domoczeniem, do tego odrobina gliny rzecznej + cała paczka ciemnej argilli. Dodaję 1/8L joka, "dziecięcą garstkę" topionej pinki. Miałem dodać gotowane konopie, ale... poprzedniego dnia zamiast je ugotować to spaliłem w popiół ;-) Nawet sobie nie wyobrażacie jaki był dym ;-) i smród ;-)))) Tak prażone konopie również się nie nadawały ;-)
Po 20 minutach nudnego przepływania zakładam jednak ten 5 gramowy listek, zestawem można by niemal łowić na stopa, jeszcze 2-3 gramy więcej i by stało jak nic. Po 5 minutach jest ryba, kilka minut później druga płotka! Może się rozkręci? Nie tym razem... Wychodzi na to, dopadły mnie jakieś przeciwności losu w liczbie mnogiej ;-) Próbuję kolejne 20 minut, kombinuje jak się da z obciążeniem i głębokością łowienia... Nic. Szkoda czasu, po troszkę ponad 1,5h nierównej walki pakuję się do samochodu. Ryby widocznie przeniosły się w płytsze miejsca, bądź w ogóle opuściły ten odcinek rzeki. A mogłem poćwiczyć odległościówkę na pobliskich jeziorach, albo chociaż jechać na ten Majdan... No ale jakbym złapał z kilkadziesiąt płoci w tym miejscu to pewnie byłbym zadowolony, a tak... mały falstart prawie na samym początku ;-)