czwartek, 24 grudnia 2015

Podsumowanie roku po raz drugi

Ale ten czas leci... To już ponad 2,5 roku odkąd założyłem tego bloga! Tym samym pora na tradycyjne podsumowanie sezonu, a więc rozliczenie się z przedsezonowych postanowień ;-)

- osiągnąć sukces organizacyjny zawodów Polskiej Ligi Wędkarstwa Spławikowego w woj.lubelskim - zaliczone, w tym roku startowało aż 15 3-osobowych drużyn, tury przebiegały bez wpadek, wiele nagród i super rywalizacja. Są szanse, że w roku 2016 drużyn będzie jeszcze wiecej.

- zorganizować premierowe zawody w stylu Feederowych Mistrzostw Okręgu - niestety zawody nie doszły do skutku. Były bardzo wstępne plany, znalazłem chętnego sponsora głównego zawodów, był pozytywny odbiór wśród wędkarzy, ale... niestety, remont Dratowa się przedłużył, a tylko tam widziałem tam te zawody. Są duże szanse, że zawody takie się odbędą w roku 2016 organizowane przez Okręg, podobno zawody feederowe mają poważnie wejść do wędkarskiego sportu łącznie z Mistrzostwami Polski i Okręgów.

- pierwsza "6" w Pucharze Hajdowa - niestety, nie udało się ;-) Dwa niewymiarowe jazie i kiełbik do wagi, to stanowczo za mało, aby się liczyć. Losowanie tutaj ma znaczenie, mimo to nie poddaję się i jeśli termin będzie wolny to pojawię się na kolejnej edycji zwarty i gotowy ;-)

- medalowa pozycja w Spławikowych Mistrzostwach Koła Haczyk bądź Klubu Sensas Haczyk - w Mistrzostwach Koła nie startowałem, a w Mistrzostwach Klubu wystąpiłem tylko w 1 z 3 tur... Także wiadomo jaki był efekt ;-) Niestety, ten czas, a właściwie jego brak...

- pierwsza "15" w Spławikowym GP Okręgu - z 10 tur opuściłem 4, dwa razy zaliczyłem sektorową "2", co dało w sumie 26 miejsce. Niestety, frekwencja tegorocznego cyklu była dramatyczna, a i organizacja zawodów skutecznie zniechęcała mnie do startowania... Właściwie to startowałem tylko wtedy, kiedy drużyna musiała mieć 3-ciego seniora do składu...

- znaleźć się w czołowej 1/3 klasyfikacji indywidualnej PLWS - i tu klops na całej linii. Zawody te wyszły mi fatalnie, do tego stopnia, że w roku 2016 prawdopodobnie trzeba będzie się przedzierać z drużyną (na pewno nową) przez eliminacyjne sito, aby dostać się do 15 drużyn startujących w cyklu.

Wystawiam sobie ocenę... 2+.
Słabo, ale zdaję ;-) Można powiedzieć, że warunkowo. Koniecznie trzeba się poprawić, bo założenia wcale nie były wygórowane....


Postanowienia na rok 2016? Jeszcze nie za bardzo znane są terminy zawodów, na pewno znowu będzie duża selekcja, wiec na razie się wstrzymuje z wędkarskimi postanowieniami na nowy rok. Na pewno startów w zawodach będzie mało, więc motywacja i zaangażowanie musi być na najwyższym poziomie ;-))))

Zmiany, zmiany, zmiany...


Rok 2016 przyniesie wielkie zmiany. Klub wędkarski, w którym jestem zawodnikiem, zmienia sponsora i tym samym nazwę na - właściwie już od teraz - Wędkarski Klub Sportowy SARS Haczyk Lublin. Tym samym nowym sponsorem głównym naszego klubu zostaje właśnie firma SARS Wędkarstwo Wyczynowe, a ciągle wspomagać nas będzie także Zarząd Koła PZW Haczyk Lublin.

Co się zmienia oprócz głównego sponsora, nazwy oraz barw klubowych? Właściwie nic ;-) Wszyscy zawodnicy z poprzedniego klubu zaakceptowali nowe warunki, co więcej, od 2016 będzie nas nawet o kilka osób więcej ;-) Mam nadzieję, że debiutancki rok 2016 będzie dla nas pasmem samych sukcesów ;-)

Co się zmienia u mnie? Właściwie też niewiele ;-) Od nowego roku przechodzę już w 100% na zanęty i dodatki zanętowe firmy Sars, które testowałem przez ostatnie dwa lata. W najbliższych dniach będę również testował ziemie Darka DZIADKA Ciechańskiego, po pierwszym rzucie oka ziemie wydają się ok. Jeśli przejdą próbę wody (czyli testy w słojach bądź akwarium) to będę na nich łowił w 2016 roku. Na razie najlepiej zapowiada się ciężka wiążąca, somme i jasna smużąca. Dodatkowo w ofercie są jeszcze czarna lekka torfowa oraz argilla i... to już wszystko! 5 ziem o różnych właściwościach, z których można zrobić wszystko.

Co jeszcze ze zmian? Właściwie tyle ;-) Reszta zostaje po staremu, no może czasu na ryby będzie trochę więcej, mam taką nadzieję ;-)))))))))

wtorek, 15 grudnia 2015

Lubelski spławik legł w gruzach...

Miała być bomba i jest (odnoszę się do zakończenia poprzedniego wpisu). Niestety, poniższa sprawa jest na tyle poważna, że z planowaną jak najbardziej pozytywną informacją muszę się wstrzymać. 

Bohaterami dzisiejszego wpisu są:

Edward Kosiewski
Bogusław Borowski
Edward Kosiewski, w ostatnich latach v-ce prezes Okręgu ds. sportu, obecnie niedawno wybrany prezes Okręgu. Bogdan Borowski, członek Zarządu Okręgu, odpowiedzialny za sport spławikowy w Okręgowej Komisji Sportowej. Zdaniem 99% zawodników Ci dwaj Panowie odpowiadają za to, że sport spławikowy w Okręgu stoi nad przepaścią.  Zacznijmy jednak od początku...

Przez ostatnie lata frekwencja w okręgowych zawodach spławikowych spada. Coraz bardziej spada też poziom organizacyjny tych zawodów. Zdaniem E.Kosiewskiego "jesteście już tak dobrzy, że inni boją się z wami rywalizować" (cytat z zakończenia sezonu spławikowego, wręczenia pucharów i spotkania z drużynami). Naszym zdaniem, zawodnicy po prostu wybierają zawody atrakcyjniejsze, nie tylko pod względem nagród (bo nie zawsze one są najważniejsze), ale ważne jest też przygotowanie organizatora do zawodów. Rok 2015 to rekordowe 10 seniorów w sektorze, ciągle powtarzające się błędy i bylejakość organizacyjna. Mimo to, B.Borowski nie widzi nic złego, zawody organizowane są poprawnie. Na takie standardy nie może się zgodzić większość zawodników ciągle biorących udział w Spławikowych Grand Prix Okręgu - głównie z klubów Sensas Haczyk, Sensas Lublin i Lerby Ryki. Ponad 2 tygodnie przed zebraniem OKS z drużynami kluby wysyłają pismo, w którym domagają się przedstawienia planu naprawczego GPO oraz pomysłów na odbicie się od dna ich zdaniem zawodów o coraz mniejszym prestiżu. Doszliśmy do momentu, gdzie lepiej przygotowane są zawody towarzyskie, niż te z cyklu GPO (które powinny być najważniejsze nie tylko dla zawodników, ale i organizujących je osób).
Oczywiście OKS daje plamę. Zero pomysłów na odbudowę, pomysły lecą tylko ze strony klubów. Dochodzi do fundamentalnych dla nas rzeczy, takich jak zasady ogólne organizacji tur GPO oraz finansów. Okręg, jako współorganizator (chyba tylko z nazwy) GPO, nadal uważa, że udostępnienie sędziego sekretarza do wyników, wag, siatek do ważenia i ewentualnie numerków do wbicia w stanowisku to dużo i wystarczająco. Nie dla nas, po raz kolejny nie możemy się zgodzić na wegetację tych zawodów (dla nas najważniejszych). Rezygnujemy z pomocy w organizacji tur GPO, ale i także rezygnujemy ze startów w tym cyklu zawodów (tym samym rezygnuje ponad 50% uczestników z roku 2015). Wychodzimy.

Jesteśmy gotowi na organizację nowego cyklu zawodów, BEZ ŻADNEJ POMOCY czy też ingerencji Okręgu. Jestem pewny, że pokażemy jak powinny wyglądać tego typu zawody. Każdy z nas ma doświadczenie w organizacji dużych zawodów, mamy wiele pomysłów odnośnie podniesienia atrakcyjności zawodów.

Czy Grand Prix Okręgu w 2016 roku zostanie rozegrane? To się okaże, nawet jeśli członkowie Okręgowego Kapitanatu Sportowego wezmą na swoje bary organizację wszystkich tur, to i tak frekwencja w zawodach może być na poziomie zawodów kołowych...  Skąpy dwa razy traci Panowie z Okręgu. B.Borowski właściwie niczym nie zaskakuje, jego "stołek" już dawno powinien zająć ktoś kompetentny, nowy prezes E.Kosiewski ma poważny falstart, nowy szef od sportu K.Krystecki zaczyna od sporych problemów organizacyjnych. W sumie wszedł na grząski grunt, spławik od dłuższego czasu był "psuty" przez 2 bohaterów mojego wpisu. Może z czasem "poukłada" na nowo klocki, może...ale na pewno nie w tym roku, nie mówiąc już o pracy nad odbudową szacunku i zaufania do OKS.

A my robimy swoje i szykujemy taki cykl zawodów, który powinien ruszyć w 2016 pod nazwą Grand Prix Okręgu PZW Lublin. Ruszy pod inną nazwą, zupełnie bez Okręgu, miejmy nadzieję, że Okręgowy Kapitanat Sportowy będzie patrzył i co najważniejsze - będzie się uczył (na swoich błędach).

sobota, 28 listopada 2015

Spinningowo na zakończenie

21 listopada prawdopodobnie po raz ostatni w tym roku wędkowałem. Co ciekawe, po raz pierwszy w tym roku chwyciłem spinning, w dodatku tzw. ultra-light. 
Rano wraz z kolegami robiliśmy rekonesans łowiska, dość zapuszczonego, ale idealnie nadającego się do zawodów głównie wiosną. Od kilku ostatnich lat znajduję się on we władaniu Okręgu PZW Lublin, niestety... jego potencjał jest zupełnie niewykorzystany. Niedawno były tam zawody na 60-70 osób, teraz nie ma więcej niż 30 stanowisk. Zobaczymy, jeśli czas pozwoli, to być może z kolegami uda się doprowadzić ten zbiornik do użytku również jeśli chodzi o większe zawody spławikowe. 
 
W południe natomiast miałem jakieś półtorej godzinki, aby wyskoczyć na małą rzeczkę, która właściwie ma charakter kanału, a uciąg oceniłbym na 0,5 - max 1gram. Celem są okonie i nawet udało mi się przechytrzyć trzy, wszystkie podobne jak ten na zdjęciu. Niestety, brak obłowienia dał o sobie znać - większość brań to spóźnione zacięcie. Ryby brały dynamicznie i szybko, a mój refleks mógłbym ocenić gorzej niż przeciętny ;-)
Jedno stuknięcie było tak mocne, że aż niemal wyrwało mi delikatną wędkę z ręki, a mimo to i tak to branie było spudłowane (a raczej spóźnione)! 
Szybki wypad, kilka rybek i naprawdę super krajobrazowo miejsce. Niestety, z tego co zauważyłem to zdecydowana większość osób tu łowiących zabiera ryby, a są tu piękne płocie nawet do 0,5kg oraz okoniki i niewielkie szczupaki. Zarybień w tym miejscu wydaje mi się, że nie ma, także ten mały odcinek rzeki jest pewnie z roku na rok coraz uboższy jeśli chodzi o ryby. 


Koniec wędkowania to jednak nie koniec sezonu ;-) Za kilka dni prawdziwa bomba ;-)))))) Właściwie mógłbym ją już odpalić teraz, niby już wszystko ustalone, ALE... poczekam jeszcze na oficjalne potwierdzenie ;-)

środa, 4 listopada 2015

Targi wędkarskie RYBOMANIA ponownie w Lublinie!

Serdecznie zapraszam na największe targi wędkarskie w Polsce RYBOMANIA 2015! Po raz drugi targi zawitają do Lublina na ul. Dworcową 11 w dniach 28-29 listopada.  ZAPRASZAM!!!!


Kliknij poniższy baner, aby obserwować wszelkie informacje na temat RYBOMANII w Lublinie


środa, 28 października 2015

Słabe zakończenie sezonu...


Niestety... Zawody odległościowe TakaRyba Match Cup zakończyły się dla mnie słabiutko - mimo wielkich nadziei wynik był tragiczny. Tego dnia ryba nie żerowała za dobrze, brania były delikatne, trudno się było wstrzelić z przynętą. Złowiłem 1 rybę ostatecznie zajmując 13 miejsce na 17 startujących. Waga 235gram, tyle ważył ten jeden leszczyk. Uważam, że zrobienie 1kg to było MINIMUM przyzwoitości, niestety, nie poradziłem sobie. 
Założyłem sobie, aby zanęcić 2 punkty, jako że nie mam pewności co do odległości, to przyjmijmy że był to około 25metr i 35metr. Pierwszym błędem było nęcenie bliższego punktu... ręką. Później donęcałem procą i lekko naciągając procę było idealnie. Ogólnie nęcenie i donęcanie procą mogę zaliczyć tym razem do dobrych. Chyba jako jedyny używałem slidera, a tego dnia dość mocno znosiło zestaw w lewą stronę (uciąg denny, gdyż wiatr prawie zupełnie nie przeszkadzał). Zestaw należało "przygnieść" do dna kilkoma drobnymi śrucinami, co znacznie spowolniało jego dryf. Niestety, nie mogłem wpasować się jeśli chodzi o... antenki spławików. Te delikatne co chwilę tonęły i wynurzały się, te utrzymujące się cały czas nad powierzchnią nie sygnalizowały brań... których zresztą dużo nie było (patrząc po tym, co zostawało na haczyku).
Do wody poszło w sumie 1L zanęty (SARS Lin/Karaś-SARS Grand Bream 2:1) oraz około 10L gliny (agrilla, wiążąca,bełchatów 2:1:1). Pół litra joka, odrobinę czerwonych. Część skleiłem bentonitem, jednak teraz wydaje mi się, że sklejona powinna być zdecydowana większość, wydaje mi się, że lepiej było zrobić mocno zaznaczony jeden punkt, a wyszło prawdopodobnie rozmycie, które mogło jeszcze bardziej rozprowadzić i tak z rzadka (prawdopodobnie) przebywające tam ryby. Na haczyk szło wszystko i w różnych kombinacjach, a jedyną rybę złowiłem na... pojedynczą ochotkę... Niestety, takie łowienie było bardzo trudno, często wyciągałem zestaw z pustym haczykiem.
Kilka błędów sobie wypisałem i mam nadzieję, że wyciągnę z tych nieudanych zawodów odpowiednie wnioski. Mam nadzieję, że "odległościowy rewanż" nadejdzie już w 2016 roku, być może trzeba będzie poświęcić jakieś towarzyskie zawody i łowić wyłącznie odległościówką, a może zmuszą do tego warunki na jakichś ważniejszych zawodach na Zalewie Zemborzyckim. Tym razem na koniec dość słabego sezonu bardzo słabe zakończenie... Dobrze, że nadochodzi zima, przerwa jak najbardziej wskazana...

W zawodach zwyciężył (i tu niespodzianki nie było) Piotrek Odzioba, który KAŻDE zawody łowi odległościówką i robi to w sposób mistrzowski! Jego wynik to 4 050pkt! Gratulacje Piotrek!

sobota, 3 października 2015

Zawody odległościowe tuż tuż!

To będą najprawdopodobniej ostatnie moje zawody w tym roku. I być może ostatnie łowienie spławikowe. 18 października na Zalewie Zemborzyckim odbędą się zawody MATCH CUP TAKA RYBA, gdzie będzie się można posługiwać wyłącznie odległościówką. Do tej pory podobne zawody były tylko raz, około 5 lat temu. Mimo wszystko te zawody będą wyjątkowe i mam nadzieję, że na stałe zapiszą się w kalendarzu imprez sportowych. Jest duży sponsor, będzie cała otoczka związana z organizacją dużych zawodów, będą puchary i nagrody. Kto śledzi bloga ten szybko zauważy mnóstwo wpisów dotyczących mojego łowienia odległościówką - po prostu lubię to ;-) Nastawiam się mocno bojowo na te zawody, chciałbym zostać sklasyfikowany w czubie, jak wyjdzie - zobaczymy. Tradycyjnie (właściwie od 2 lat) nie będzie czasu i możliwości na trening ;-) Także ostatni raz odległościówkę miałem w ręce 12 września podczas GPO na Z.Zemborzyckim. Uczucia mieszane, łowiłem kilka metrów za daleko, a początkowe nęcenie procą było tragiczne. Mam nadzieję, że w niedzielę 18 października już żadnych błędów nie będzie. Trzymajcie kciuki, oby udało się pozytywnie skończyć ten sezon! ;-)

Gdyby ktoś chciał dołączyć, poniżej oficjalny komunikat zawodów:
KOMUNIKAT MATCH CUP TAKA RYBA 18.10.2015 Z.ZEMBORZYCKI


piątek, 25 września 2015

Grand Prix Zaprzyjaźnionych Kół

W niedzielę 20 września na Zalewie Zemborzyckim odbyła się IV tura z cyklu Grand Prix Zaprzyjaźnionych Kół. Wraz z kolegami z koła byłem w grupie organizującej te zawody. Pogoda co prawda nie dopisała, ale mogło być gorzej (zapowiadano burze, zakończyło się na 3-4 dalekich grzmotach). W zawodach wzięło udział 47 zawodników z 14 drużyn. Dzięki tak licznej frekwencji zawody musiały się odbyć w podsektorach zgodnie z Zasadami Organizacji Wędkarskiego Sportu Kwalifikowanego. I całe szczęście, bo taki podział chciałem zrobić jeszcze nie znając dokładnej liczby uczestników ;-)
Niektórym zawodnikom udało się przechytrzyć na prawdę spore leszcze - ryb ponad 1,5kg było chyba 7-8 sztuk, a brylował w tym zwycięzca Tomek Ożga, którego końcowy wynik to ponad 12 000 punktów! Największą rybę dnia 2,32kg złowił Piotrek Sporysz. Oczywiście te piękne okazy jak i pozostałe, mniejsze ryby po zważeniu od razu trafiły do wody.

Zapraszam do relacji z zawodów wraz ze szczegółowymi wynikami i galerią zdjęć:

a poniżej króciutki filmik, obiecuję, że kolejne będzie się oglądało wygodniej ;-)


sobota, 19 września 2015

Mój zestaw odległościowy

Najwyższa pora przedstawić Wam dokładnie budowę mojego zestawu odległościowego. Jak sami zauważyliście spora część wpisów dotyczy wędkowania tą metodą - pewnie dlatego, że po prostu ją lubię i dodatkowo - aby łowić w ten sposób nie potrzebujemy milionów gratów. Zacznijmy może od spławika. Od kilku lat łowię wyłącznie przelotowo, wcześniej używałem wagglerów, u których po odjęciu krążków jest możliwość założenia dodatkowego 3-4 gramowego obciążenia na żyłkę. Nawet nie wiedziałem, że taki dość oryginalny sposób często używany jest przez Czechów. Właśnie tak skonstruowanym zestawem Czesi nie tak dawno zwyciężyli w Spławikowych Mistrzostwach Europy, które odbyły się w Białorusi. Inne reprezentacje, które decydowały się na łowienie odległościówką wybrały tradycyjnego slidera. Od początku tego roku najczęściej jednak stosuję spławik firmy Cralusso Slider Zero. Plusem tych spławików jest wytrzymałość mechaniczna (inny materiał wykonania korpusu), możliwość szybkiej i precyzyjnej regulacji obciążenia (często warunki pogodowe mocno się zmieniają i trzeba stosować różnych antenek o różnym wynurzeniu) oraz szeroki wachlarz wymiennych antenek. Także mamy już spławik, w moim przypadku 14 gramowy. Na żyłkę główną (polecam te z przedziału 0,18 - 0,20 mm) zawiązuję dwa stopery z tej samej żyłki. Pięć zwojów ułożonych dokładnie obok siebie i pozostawione 3-5cm "wąsy", które pozwalają swobodniej przelatywać "żyłkowym stoperom" przez przelotki, a także wygodniej jest co jakiś czas docisnąć węzeł. Należy jednak pamiętać, aby stopery żyłkowe nie były zaciśnięte z całej siły - wtedy podczas przesuwania węzłów po żyłce powodujemy jej skręcanie się. Stopery muszą być dwa, to daje nam pewność, że się swobodnie nie przesuną. Dalej zakładamy nasz spławik. W przypadku slidera Cralusso nie używamy żadnych łączników - zakładamy spławik bezpośrednio na żyłkę. Spławik ten ma specjalny system, który uniemożliwia przesuwanie się spławika podczas lotu, ale z moich obserwacji wynika, że różnie z tym bywa i na pewno w 100% tego nie eliminuje. Następnie zakładam 10 gramową kulkę, aby uniemożliwić jej przesuwanie przeciągam przez nią krótki odcinek amortyzatora bądź gumki recepturki. Kulka przesunie się wyłącznie wtedy, kiedy ją przesuniemy ręką. Teraz szykuję około 60 centymetrowy odcinek fluorocarbonowej żyłki o średnicy z przedziału 0,16-0,20. Po co? Taka żyłka jest sztywniejsza, a jak już zdarzy nam się splątanie to znacznie łatwiej i szybciej rozplątać zestaw, który przeważnie ciągle nadaje się do łowienia. Oczywiście zdarzają się przypadki, w których należy wymienić odcinek fluorocarbonu na nowy. Słynne powiedzenie brzmi - zestaw raz splątany ma większe tendencje do kolejnych splątań - i to jest prawda. Na fluorocarbonie zaciskam 5-6 śrucin nr5. Nigdy nie używam mniejszych gramatur. Ważne jest, aby odpowiednio "rozjeździć" śruciny tuż po zaciśnięciu. Tymi śrucinami będziemy często manewrowali, aby jak najlepiej "dobrać się" do ryb. Oczywiście zjeżdżoną część fluorocarbonu odcinamy i wyrzucamy. Na dwóch końcach odcinka fluorocarbonowego zawiązujemy krętliki - możliwie jak najmniejsze. Każda firma ma nieco inne rozmiary, ale najlepiej jeśli to będzie rozmiar z przedziału 20-24, nazwa firmy nie ma znaczenia. Teraz do jednego końca możemy zawiązać naszą żyłkę główną, w na odcinek między kulkę a krętlik dajemy 5-7 śrucin z przedziału AAA (około 0,8gr) poprzez BB (około 0,4gr) do nr 1 (niecałe 0,3gr). Mniejsze śruciny nie zdają egzaminu. Na rurce spławika ustawiam wartość 0,5 (dokładnie połowa regulacji) i zestaw wyważam tak, aby wystawało 1-1,5cm antenki. Nasze zestaw jest gotowy, wystarczy do krętlika dowiązać przypon i możemy łowić ;-)
Gruntowanie łowiska jest bajecznie proste. Używamy do tego zestawu, którym będziemy łowić. Wszystkie śruciny, które znajdują się na odcinku fuorocarbonu przesuwam do samego krętlika w stronę haczyka. Cały czas zwiększam grunt za pomocą żyłkowych stoperów, do momentu aż spławik wynurzy się o dodatkowe kilka centymetrów. Teraz małymi skokami zmniejszam grunt, tak aby z wody ponownie wystawał zaledwie czubek antenki. Oczywiście należy pamiętać, aby wcześniej zaznaczyć sobie odległość łowienia. Teraz zostaje już tylko dołożyć przypon, ustalić ile przyponu będziemy kłaść na dnie (a może haczyk będzie nad dnem?) oraz rozłożyć śruciny na odcinku fluorocarbonu. Polecam ustawiać te śruciny w jednej bądź w dwóch grupach. Najczęściej 2-3 śruciny zostawiam od razu przy krętliku od strony przyponu, a cała reszta jedzie ciut wyżej niż połowa tego odcinka. Teraz już na prawdę pozostaje wyłącznie łowić ;-)
Warto mieć oprócz dodatkowych przyponów także zapas kilku takich samych fluorocarbonowych odcinków (taka sama długość i ilość śrucin). Splątania się zdarzają, a wtedy jesteśmy w stanie szybko wymienić nowy odcinek zestawu i łowić dalej. 

czwartek, 17 września 2015

Znowu "w kratkę" na GPO

Wynik z 2 tury - 6 130pkt i 2 sektorowa
W dniach 12-13 września odbyły się kolejne zawody z cyklu Grand Prix Okręgu metodą spławikową. Na zalewie Zemborzyckim w ostatnich latach łowi mi się dobrze, a osiągane wyniki są do przyjęcia. Dlatego też z dużym spokojem podchodziłem do tych zawodów. Niestety, już pierwszego dnia zostałem mocno sprowadzony na ziemię ;-)
Losowanie tym razem nie było szczęśliwe, przeważnie tutaj losowałem miejsca dobre, albo takie z których dało się zrobić dobry wynik. Tym razem los skierował mnie do sektora C, teoretycznie najsłabszego, w dodatku w gorszej, pierwszej połówce sektora. Dodatkowo sektor ten został nazwany "sektorem śmierci", kilku zawodników z czołowych miejsc i dodatkowo Ci, "kręcący się" blisko czołowej "15" klasyfikacji rocznej. Pierwsze minuty były zaskakująco dobre, ponad 20 centymetrowa gruba płoć, potem kolejna mniejsza i 2 leszczyki dłoniaki. I wtedy woda zamarła ;-) Jeśli już były brania to strasznie delikatne, za szybkie zacięcie okazywało się puste, a antenka dosłownie milimetrowymi skokami, powolnie zjeżdżała pod wodę. Zaczęły się... leszczyki "pół dłoniaczki". Po godzinie postanowiłem zanęcić odległościówkę... połowa kul była tak przestrzelona, że powinienem palić się ze wstydu. Nie więcej niż 10 minut szukałem ryb dalej od brzegu, nic nie było. Wróciłem do tyczki, ale tam nadal nic ciekawego się nie działo, jedynie nieliczne płotki dawały jakąś sensowną wagę. W połowie 3-ciej godziny postanowiłem ponownie wziąć odległościówkę do ręki. Kolejne 10 minut i... branie wynurzone! Zacinam i siedzi ładny leszcz, który spokojnie trafia do podbieraka. Oho, jest nadzieja na "wybronienie się". Gdy w wodzie mało się dzieje, jest więcej czasu, by kątem oka sprawdzić co robią sąsiedzi. Siedzący 2 stanowiska po prawej Franek Wysocki zdecydowanie więcej czasu łowi właśnie... odległościówką! Jednak na moje oko łowi on zdecydowanie bliżej. Mi trudno oceniać odległości, nie liczyłem obrotów korbki, ani po zawodach nie mierzyłem długości żyłki do zaznaczonego markerem miejsca, ale myślę, że łowiłem w okolicach 35 metra. Franek - wydaje mi się - gdzieś około 25metra. Jak się później okazało, z tyczki miał on tylko 5 ryb, a skuteczne łowienie odległościówką pozwoliło mu się pięknie wybronić na dobre 3 miejsce w sektorze. Ja po kolejnych 15 minutach mam ponownie branie, znów wystawiane, tym razem jednak chyba spóźniam się z zacięciem. Kolejne kilka minut i... znowu siedzi! Kolejny niezły leszcz, a do końca zawodów zostaje jeszcze godzina. Niestety, ostatnia godzina była na zero z odległościówki, co prawda miałem jeszcze jedno branie, ale zwinąłem pusty haczyk. Na domiar złego, koledzy po lewej i prawej zaczęli... dość regularnie odławiać ryby z tyczki. I tu był mój błąd - przesiedziałem godzinę nie łowiąc nic, donęcenie (tym razem już celne) nic nie dało. Na ostatnie 5 minut siadłem na tyczkę, co dało mi szybkie 2 ryby (w tym jednego "fałszywca" podczepionego pod brzuch). Duży błąd, powinienem co kilkanaście minut wyjeżdżając z tyczką chociaż na 2-3 minuty, ja zupełnie zignorowałem 13 metr. Jedynie co mogę z tego dnia zaliczyć na plus do ZERO splątań zestawu odległościowego, a jeszcze nie tak dawno miałem dość poważne i NIEOCZEKIWANE z tym problemy, o czym pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów. Łowiłem oczywiście sliderem Cralusso Zero z 10gramową kulką. Które miejsce zająłem? 9 na 10 w sektorze... fatalnie... Jeszcze jakbym wiedział, że wycisnąłem z tego miejsca maxa, ale tak nie było. Łowiąc mądrze i dobrze, można było dorzucić 1000 punktów, jak nie więcej...

Drugi dzień i dobre losowanie. Przynajmniej takie do walki! Stanowisko nr4 w sektorze A, choć moim zdaniem gorsze niż 3 miejsca na lewo, to zdecydowanie lepsze niż wszystkie po prawej. Po nęceniu z ręki cofam top z kubkiem (właściwie bez bo właśnie miałem go dokręcić) i... okazuje się, że wypadł mi do wody gwint!!! Odkleił się! Nigdy mi się to zdarzyło, zapasu nie mam, nikt z kolegów obok też. Takie stanowisko, bez donęcania kubkiem to zupełna porażka! Na szczęście dogadałem się z siedzącym po prawej Bartkiem, łowi kijem tej samej firmy, więc jego top musiał pasować. Podczas drugiej tury kilkukrotnie pożyczałem od niego top z kubkiem... Dość nietypowa sytuacja, ale takie wyjście z sytuacji było chyba lepsze niż donęcanie z ręki i tym samym zepsucie wyniku (i humoru) sąsiadom po lewej jak i prawej strony, bo jestem pewny, że i oni by to negatywnie odczuli. Wyrzucenie wszystkiego z ręki na początku nie wchodziło w grę, nie z tego stanowiska... Tym razem nawet nie rozkładałem odległościówki, ale tylko dlatego, że losowanie uważałem za dobre i trzeba było wyciągnąć ile się da z tyczki. Łowiło mi się ciężko, nie mogłem użyć kubka kiedy chciałem, pożyczałem go jedynie w ostateczności w dodatku donęcając serią 3-5 kulek, też dość nietypowo jak na zalew. Dużo ryb nie łowiłem, ale ryby były... spore ;-) Zresztą mój połów pokazuje zdjęcie z tego wpisu. Trafił się chyba jeden leszczyk dłoniak, reszta nie schodziła poniżej 150 punktów, a sporo sztuk było po 300, no i ten piękny, pewnie ciut ponad 1,5 kilogramowy leszcz ;-) W pełni skoncentrowany, z odpowiednim donęcaniem, spokojnie mogłem wyciągnąć z tego miejsca kilka ryb więcej, ale i tak należy być zadowolonym. Kolejne zawody Grand Prix i po raz kolejny raz w kratkę, jeden dzień dobry punktowo, drugi z rodzaju tych, gdzie wynik należy jak najszybciej zapomnieć (lecz wnioski wyciągnąć).

W oba dni przygotowałem się identycznie. Większość czasu łowiłem spławikami Vimba V26, w sobotę 0,5gr w niedzielę 0,9gr, w sobotę najlepsza była pojedyncza ochotka na haku, w niedzielę często łowiłem na dwie ochotki, bądź małego czerwonego z 1-2 ochotkami (podobny zestaw przynęt lądował na hak przy odległościówce). W sobotę w skład spożywki wchodziło 0,3 L gros gardons sensas, 0,3 L grand bream sars i 0,3 L lin/karaś sars. W niedzielę zwiększyłem do 0,5L lin/karaś pozostawiając pozostałe w proporcjach z soboty. Gliny to 2kg wiążąca, 2 kg bełchatów, 4 kg jasna argilla i 4 kg brązowa argilla. W sobotę około 5 L mieszanki, tej cięższej, sklejonej i z grubszymi robakami wylądowało pod odległościówkę, a do tyczki szedł sam jokers z delikatniejszą gliną. Natomiast w niedzielę połowę kulek z kubka stanowiło jokersa z glinie agille, a drugą połówkę cięższa glina z większą ilością jokersa i siekanych czerwonych. Lekka, szybko pracująca glina z małą ilością joka i spożywki poszła z ręki. Tu bylem pewny, że donęcanie siekanym gnojakiem da efekt, pierwszy raz łowiłem w tej części sektora na zawodach, ale z obserwacji tegorocznych zawodów na 4 pierwszych stanowiskach należało właśnie tak zrobić.

Co mogę zaliczyć do plusów?
- powrót pewności w zarzucaniu zestawem odległościowym. Brak splątań i celność - o to chodzi.
- dobrze dobrana taktyka do stanowiska w 2 turze. Postanowiłem złowić ryb mniej, ale te większe, co w 100% mi się udało.

Minusy?
- za daleka odległość w łowieniu matchem, następnym razem trzeba próbować łowić w zakresie 20-25m
- za duży rozrzut w strzelaniu z procy, szczególnie przy pierwszym nęceniu. Tego dnia dokładność (jak i przeważnie zresztą) była kluczowa
- niedopilnowanie tyczki w ostatniej sobotniej godzinie, efektem czego było siedzenie na "0" z odległościówką
- brak koncentracji, pewności i woli walki - rzeczy, które się nabywa z kolejnymi godzinami łowienia, u mnie tych godzin spędzonych nad wodą po prostu brakuje...

Jak możecie sami zobaczyć z tekstu, w sobotę 70%, a w niedzielę nawet więcej, zanęty jakiej użyłem to SARS, gdzie kilogramowa paczka kosztuje mniej niż 10zł. W tym przypadku gros gardons Sensasa służył jako "dopalacz". Czy jakbym jechał na mieszance w 100% francuskiej firmy połowił bym lepiej? Na pewno nie. Dziwi wybór zanęty Lin/Karaś? No cóż... czasami nie warto patrzeć na napisy na opakowaniu, ale próbować dobrać składniki, kolor czy pracę zanęty do tego jak zamierzamy łowić.

WYNIKI zawodów -> tutaj

WYNIKI po 8 turach -> tutaj

10-11 październik to dwie ostatnie tury GPO. Ja na pewno nie będę obecny, także tym samym to koniec łowienia tyczką w tym sezonie. O ile się nie mylę, to tyczkę w rękach miałem 9 razy... To za mało, żeby odegrać jakąś czołową rolę w zawodach. Kolejny rok nie zapowiada się lepszy, więc trzeba będzie jeszcze mocniej zrobić "sito" planowanych zawodów w 2016roku.

poniedziałek, 7 września 2015

Chłopaki z klubu walczyli w Puławach!

I tym razem z pustymi rękami nie wracamy ;-)
W ostatni weekend odbyły się 3 zawody z cyklu Spławikowego Grand Prix Okręgu PZW Lublin. Zawody przesunięto o tydzień później, a nam jakimś cudem udało się zmontować na tą nową datę drużynę (drużna nr2 występowała niekompletna, natomiast po raz pierwszy nie zgłosiliśmy nikogo startującego indywidualnie). Na szczęście niski stan rzeki Wisły nie przeszkadzał w łowieniu, na opasce w Puławach łowiło się niżej, ale głębokość była odpowiednia, co więcej - niektórzy mieli nawet okazję łowić w głębokiej 4-5 metrowej rynnie bądź dołku. Chłopaki łowili ze zmiennym szczęściem, po wyśmienitej sobocie przyszła nieco słabsza niedzielna druga tura. Ostatecznie drużyna Sensas Haczyk I zajęła 4 miejsce drużynowo, a najlepiej indywidualnie spisali się Grzegorz Błaszczyk (junior - miejsce 2) oraz Paweł Hondra (miejsce 3), dla którego był to debiut  w GPO!

Dokładnie wyniki znajdziecie na stronie Klubu Sensas Haczyk


A już w najbliższy weekend tura numer 7 i 8 na Zalewie Zemborzyckim. I są duże szanse na to, że będę mógł łowić. Oby tak było i... oby było się z czego cieszyć ;-)))

sobota, 5 września 2015

Odległościowe PIEKŁO

Ostatnie dni urlopu to łowienie odległościówką wspólnie z kolegą z klubu Pawłem. Po raz pierwszy łowiliśmy na jeziorze Glinki - moim głównym, treningowym łowisku jeśli chodzi o odległościówkę. Za drugim razem dołączył do nas Tomek i zmieniliśmy łowisko na jezioro Święte. Trzeci i ostatni raz, ponownie tylko z Pawłem i ponownie na Glinkach. Ale skąd w nazwie wpisu PIEKŁO? Nie chodziło tu o upał, który lał się z nieba, ale o to, co w odległościówce odstrasza i najbardziej irytuje - splątania zestawu.
Niestety... Obecnie Glinki zdominowane są przez małe krąpiki
Trening nr1. Tutaj od razu warto zaznaczyć, że Paweł łowił tą metodą po raz pierwszy i... gdyby mi tego nie powiedział, to wcale bym w to nie uwierzył!!! Kilka moich drobnych uwag (mam nadzieję, że przydatnych) i zupełnie nie widać było, że jest to odległościowy debiut. Dodatkowo... Paweł złowił więcej ryb ode mnie! :-))) Glinki obecnie to niemal wyłącznie krąpie o długości pół bądź całej dłoni. Nie żerowały zbyt ochoczo, ale każdy z nas zbliżył się do liczby 20 sztuk. Nie mieliśmy siatek, nie liczyliśmy ryb, ale jestem pewny, że o kilka sztuk złowiłem mniej. Dlaczego? Głównym powodem było plątanie się mojego zestawu, co dopadło mnie mniej więcej w połowie naszej treningowej sesji. 
Prawdziwe apogeum "plątaniny" nastąpiło podczas drugiej sesji treningowej. Gdy chłopaki łowili ryba za rybą - niestety głównie malutkie koluchy i wzdręgi, ryb długości dłoni było zaledwie KILKA - ja niemal przez cały czas zajęty byłem rozplątywaniem zestawu. Mając w pamięci "przygody" z treningu nr1, powodu splątań szukałem w sprawach związanych z rozłożeniem obciążenia. Te kilkanaście splątań to zdecydowanie więcej, jakie przytrafiło mi się przez cały rok!!! To wystarczyło, aby pewność siebie prysła, a sposób zarzucania zrobił się nerwowy, bez mechanicznej powtarzalności. Rzecz, która nie sprawiała mi do tej pory kłopotów, stała się koszmarem uniemożliwiającym łowienie ryb. Dwa, trzy splątania powodowały delikatną zmianę (czy to w zestawie, czy sposobie zarzucania), co oczywiście nie przynosiło skutku. Tak w wielkim skrócie upłyną mi trening nr2.
Trening nr3 zaczyna się podobnie, splątanie pojawiało się średnio co 3 zarzucenie zestawu... tragedia. Przez ostatnie 1,5godziny wszystko wróciło do normy. Dlaczego? Wróciłem do PRAWIDŁOWEJ techniki zarzucania zestawu. Coś zatrybiło ;-))) pojawiła się powtarzalność i co najważniejsze - mechanizm, w którym za każdym razem jest ten sam ruch, te samo ułożenie, ta sama dynamika i siła wyrzutu. Splątania się skończyły ;-)))) Mogłem w końcu łowić ryby... Pstryczek w nos - byłem pewny swoich umiejętności w posługiwaniu się odległościówką, te kilka dni pokazały mnie, jak przez błąd, który wdarł się w technice można szybko powrócić na etap początkowego "witania się" z metodą odległościową.

A teraz z innej beczki. Grand Prix Okręgu na Wiśle zostało przeniesione na późniejszy termin. Szkoda, bo to zupełnie nie zgrywa się z moim "grafikiem". W dodatku sporej grupie osób ten termin nie pasuje, kilka drużyn może być niepełnych (u nas np. damy radę wystawić 1 drużynę, druga startuje niepełna i po raz pierwszy nie będzie zawodników startujących od nas indywidualnie). Drugi weekend września to Grand Prix Okręgu na Zalewie Zemborzyckim. Na 90% również będę nieobecny, bo chyba mi się już nie chce... brać udziału tego typu zawodach. Bo na Wiśle zapowiada się rekordowo niska frekwencja. Widocznie nie tylko ja mam dość "podejścia" osób, które organizują cykl i ciągle sądzą, że wszystko jest ok...

czwartek, 20 sierpnia 2015

Test torby Match XL Trabucco

Pod koniec lipca w ręce wpadła mi nowa torba Match XL Trabucco, dostarczona do testów przez sklep wędkarski BOLW.PL . Nowa bo… z obecnej nie jestem do końca zadowolony, pojawiły się pierwsze przetarcia, a i miejsca jakby mało. Tym razem zdecydowałem się na torbę o innym kształcie. Do tej pory miałem dwu i trzy komorowe w kształcie dużego kwadrata, gdzie w jedną obszerną komorę wchodziła siatka, a w kolejne pozostałe akcesoria. Od pewnego czasu siatka „podróżuje” na ryby w oddzielnym pokrowcu, więc i sama forma torby mogła być inna. Zapraszam do krótkiego foto-opisu torby po pierwszych dniach jej użytkowania.


 

środa, 5 sierpnia 2015

Sukces drużyny w Bychawie!


Wynik z 2 tury (4 430)
W ostatni weekend lipca odbyły się 2 zawody z cyklu Spławikowego Grand Prix Okręgu PZW Lublin. Tym razem spotkaliśmy się na łowisku "Podzamcze" w Bychawie. Do tej pory nasza drużyna nie osiągała tam szałowych wyników... można by nawet powiedzieć, że daleko było do dobrych wyników ;-) Co prawda w tym roku super szału nie było, ale... już śmiało można powiedzieć, że wracamy z Bychawy zadowoleni. Nasza pierwsza drużyna zakończyła zawody na 2 miejscu, głównie dzięki solidnym punktom seniorów oraz znakomitej postawie juniora - debiutanta w tego typu zawodach. Brawo Bartek!
Warto przypomnieć, że właśnie na tym łowisku przegrałem klasyfikację indywidualną GPO w 2013 roku, zmarnowałem 9 punktową przewagę spadając nawet poza podium.
Sobota była podobna, moje 9 miejsce na 11 w sektorze to nie jest nic czym można by się chwalić, a najlepsze jest to, że łowiło mi się całkiem dobrze i liczyłem na środek stawki. Niestety, miałem za mało płotek, w dodatku była ona mała co znacznie przełożyło się na końcową wagę. W niedzielę polosowałem stanowisko obok i tym razem udało się "dołożyć" kilka leszczyków szybko budujących wagę. Sektor wygrał łowiący po mojej prawej ręce Franek Wysocki (2-krotny zwycięzca GPO w 2013 oraz 2014r) i było to jego pierwsze zwycięstwo w zawodach GPO!

Drużyna na medal ;-)
Oto co trafiło do wody podczas tych zawodów, nęciłem 3 punkty:
pod leszcza pełna tyczka:
zanęta - Grand Bream SARS, po domoczeniu dość sporym wyszło około 0,8L
gliny - 2 kg wiążącej, 2 kg argile jasna
trochę słodzika i carmelu.
Zanętę z gliną pół na pół, a resztę gliny do robaka (jok, kaster, gnojak, pinka, biały).  Wszystko rzucone ręką, 4-5 kulek najmocniej nabitych większym robakiem z dodatkiem bentonitu, reszta bez kleju. Do donęcania z 0,5L nie więcej (nie donęcałem)

Płotka, skrót (dopasowany do długości też bat) i krótszy bat:
zanęta - 1kg Specjal Super Pro Sars, 0,5kg Grand Roach Noir Sars 0,2kg Gros Gardons Sensas
glina - 2 kg argile czarna, 2 kg rozpraszająca naturalna, 2 kg ziemia bełchatowska
czarny barwnik, trochę atraktora płociowego sensas, 200ml konopi prażonych, 0,5L gotowanych konopi. Jokers, troszkę kastera i pinki

Po 5 kul w 2 punkty nęcenia z ręki, dodatkowo 4-5 kulek sklejonych z dużą ilością joka na dalszy punkt (około 9 metra)

Na niedzielę zmieniłem zanętę płociową na 1kg Płoć Sars + 0,5kg Grand Roach Noir Sars + 0,3kg Gros Gardons Sensas, a w leszczowej wyrzuciłem gnojaki i słodzik, a carmel zamieniam na speculatus. Reszta identycznie.

Trudna była szczególnie niedziela. Przez większość zawodów padał drobny (raz większy, raz mniejszy) deszczyk, płotka była ostrożniejsza i żerowała dalej od brzegu. Po około 40 minutach musiałem łowić skróconą tyczką, na początku prowokując i szukając płotki (szurając i przesuwając po dnie), po kilkudziesięciu minutach i donęcaniu kubkiem dokładnie w punkt (w sobotę w ogóle nie wziąłem topa z kubkiem do ręki) udało mi się je ustawić w jednym punkcie, co znacznie przyspieszyło ich łowienie. Na trochę ponad godzinę w łowisku zameldowały się leszczyki i wspólnie z Franckiem zaczęliśmy je odławiać. Niestety, po pierwszych 2-3 sztukach te większe meldowały się wyłącznie u sąsiada, u mnie natomiast dłoniaki. Na szczęście wystarczyło to na sektorową "2", co jest moim najlepszym wynikiem w Bychawie. Czy udało mi się znaleźć sposób na systematyczne odławianie leszczyków pod koniec tury? To się okaże przy okazji kolejnych zawodów na tym łowisku, wnioski zostały zapisane, zobaczymy czy trafne.

Wyniki zawodów - TUTAJ
Zdjęcia z zawodów - TUTAJ

sobota, 1 sierpnia 2015

Intensywny środek lipca

Malak po raz kolejny pokazał MOC na rzece
Biorąc pod uwagę znikomą ilość "wypadów" na ryby, to środek lipca był w moim wykonaniu dość intensywny. Zacznijmy od końca, czyli od ostatniej tury cyklu Lubelskiej Ligi Spławikowej, tym razem goszczącej nad rzeką Bug w Woli Uhruskiej. Tym razem mogłem przypatrywać się zmaganiom kolegów zza pleców. Warunki mieli ciężkie, rekordowo niski stan wody, żar z nieba i jak na złość - słabe żerowanie ryb. Z klubowych kolegów najlepiej sobie poradził Tomasz Michalak, nie po raz pierwszy zresztą pokazując swój wędkarski kunszt nad rzeką. W 15 osobowym sektorze zajął on 2 miejsce. Gratulacje!

Relacje z tych zawodów możecie zobaczyć pod poniższym linkiem, tam też pełne wyniki (również klasyfikacja końcowa Lubelskiej Ligi Spławikowej) oraz galeria zdjęć.



Kilka dni wcześniej mogłem wyruszyć na mój poligon doświadczalny nr1 jeśli chodzi o odległościówkę - jezioro Glinki. I tutaj od razu ostrzeżenie! Przy tej metodzie wszystko musi "grać idealnie". Na "dzień dobry" założyłem odcinek fluorocarbonu, który nie miał idealnego węzła przy jednym z krętlików. Po prostu węzeł nie wychodził z końcówki oczka krętlika, a gdzieś ze skrętnego elementu tego drobiazgu. Pomyślałem, a co tam, użyję podczas treningu, lepiej zużyć teraz niż na zawodach... Pierwsze 30 minut to chyba 5 splątań zestawu, tragedia. Wymieniłem szybko odcinek fluorocarbonu na nowy i... jak ręką odjął ;-) Kolejne 2,5 godziny spokojnego łowienia. W metodzie odległościowej precyzja i dbałość o detale odgrywają dużą rolę. Wracając do samego łowienia... Do wiadra poszła paczka Krąpia oraz pół Lin Karaś firmy Sars. Do tego w stosunku 1:1 glina argille. Odrobina mrożonego joka i można zaczynać. Niestety, wyniki nie były za dobre. Nie wiem czy to ze względu na pogodę, czy po prostu jezioro to z każdym rokiem jest coraz gorsze. W sumie złowiłem kilkanaście krąpików mieszczących się w dłoni i tylko 1 sztukę, którą można nazwać średnią rybą. Do plusów na pewno mogę zaliczyć kolejny test nowej wędki oraz już niezmiennego od ostatniego łowienia zestawu. Kolejny raz spisał się świetnie, przy kolejnym wpisie zaprezentuje Wam dokładnie jak wygląda budowa mojego zestawu zaczynając od haczyka kończąc na szczytówce wędki ;-)



Tradycyjnie już resztki zanęty zostały wykorzystane do szybkiego łowienia w malutkim stawiku. I tutaj niestety też szału nie było... Dosłownie kilka mikro karasi i... po raz kolejny piękna płoć!!! Teraz już mam pewność, że wpuszczone płotki przyjęły się w nowych warunkach znakomicie, urosły przez rok, nabrały masy,  są silne i pięknie walczą w czasie holu! Plan jest taki, aby maksymalnie zmniejszyć populacje srebrnego karasia, czy się uda? Zobaczymy...

piątek, 17 lipca 2015

Z tego można być dumnym!

Najlepsi zawodnicy zawodów
W niedzielę 5 lipca na Zalewie Zemborzyckim odbyła się VI edycja "Pucharu Haczyka" - otwartych zawodów towarzyskich organizowanych przez Koło PZW Lublin Haczyk oraz klub wędkarski Sensas Haczyk. Co roku biorę udział w tej imprezie od strony organizacyjnej, co przy sporych zawodach łatwe nie jest. 
Zawody mogę uznać za udane, organizacyjnie było dopięte wszystko na ostatni guzik, wpadek nie było. Niestety, obecnie Zalew zrobił się bardzo nierówny, przez niski poziom wody jest dużo miejsc, z których nawiązanie walki, a nawet łowienie z przyjemnością jest wręcz niemożliwe. Dlatego podjęliśmy (moim zdaniem jedyną i słuszną) decyzję o ograniczeniu ilości zawodników, tak aby możliwie jak najlepiej dopasować sektory i stanowiska. Bo nie o to chodzi, aby napchać ludzi ile wlezie i posadzić co niektórych.... w dupie, bo jak inaczej można nazwać wyznaczone miejsca, z których łowi się od 1 do 5 ryb... Oczywiście, są to zawody towarzyskie, z luźnym podejściem, ale należy szanować zawodników, którzy płacą startowe, szykują się "po zęby" i chcą zmierzyć się w walce. I dlatego, głównym zadaniem organizatora każdych zawodów wędkarskich powinno być jak najlepsze wybranie sektorów i stanowisk, tak aby maksymalnie wykluczyć tzw. "złe losowanie", kiedy po wyciągnięciu numerka zawodnik z opuszczoną głową odchodzi na swoje stanowisko, na którym wie, że będzie walczył o każdy punkcik, a nie jak koledzy i koleżanki po bokach - o zwycięstwo.

Relację z tych zawodów, wyniki oraz dużą fotogalerię możecie przeczytać klikając poniższy link:
Relacja z VI Pucharu Haczyka
Ze swojej strony BARDZO DZIĘKUJĘ firmom wędkarskim, z którymi współpracuję (z niektórymi dłużej, z innymi od niedawna). DZIĘKUJĘ ZA WASZE WSPARCIE I NAGRODY!!!

SARS wędkarstwo wyczynowe Magdalena Pawlikowska-Bobrowska
Gliny Natura Mateusz Przebięda
Zanęty Stynka Tomasz Iwanowski

DZIĘKUJĘ BARDZO!


środa, 8 lipca 2015

Owocne testowanie

"Dziura" nr2 uroczego jeziorka
W końcu się udało! Pojechać na ryby ;-) Cel - testowanie nowego kija i spławika. Udało mi się kupić kij kilkuletni, lecz nie używany o długości 450cm - Trabucco Sygnum TLD 45 MH. Miał być szybki (bo takie kije odległościowe preferuję) i rzeczywiście taki był ;-) Do tego Craluso Slider Zero. Do kotła trafiły resztki czarnych Etang i Gardons Sensasa i pół paczki Płoć Sars. Odrobinę epiciene i wanilii również Sars, jakieś 150ml mrożonego joka i pinka na hak. Z glin paczka ziemi i rozpraszającej, całość nie przekraczała 8 litrów. Przygotowanie pod płotki i łowienie głęboko  więc wybieram dość trudne łowisko - jeziorko Lipieniec. Niestety, moje ulubione stanowisko było już zajęte, ale na drugim stanowisku mogłem się rozkładać. Całe szczęście, to jedyne miejsca, gdzie da się wędkować z brzegu na tym jeziorze ;-)
Zapomniałem dodać, że trzecią testowaną rzeczą była wkrętarko-wiertarka wraz z mieszadłem. Ten sprzęt wydaje się niezastąpiony, gdy musimy nieco dowilżyć naszą mieszankę. Używając spryskiwacza w czasie mieszania wkrętarką uzyskujemy świetny efekt końcowy. Oczywiście - sito jest zawsze konieczne! 
Nie chciałem łowić za daleko, ale też nie za blisko (nowy kij i nowy spławik typu slider, musiałem ocenić ich przydatność). Wyszło około 35 metra, jakieś 5-7 metrów za większym pasem moczarki czy tam rogatka ;-) Na szczęście pas roślin nie był za gęsty, ale powolne ściąganie zestawu z opuszczoną wędką zawsze kończyło się zaczepem - na szczęście miękkim, a na zestawie doczepiały się wyłącznie resztki bądź pojedyncze, oderwane łodygi miękkich roślin.
Głębokość w tym miejscu wynosiła około 3 metrów. Nauczony doświadczeniem, postanowiłem znacznie mniej zanęcić na "dzień dobry". Do wody poszło nie więcej niż 10 kulek i... po może minucie już pierwsza mała płotka zanurzyła antenkę spławika! Po chwili kolejna mała, około 10cm płoteczka pojawiła się na brzegu. Po chwili kolejne branie, tym razem czuję, że to PŁOĆ ;-) Niestety, trudny teren i wykorzystując roślinność płoć wygrywa ze mną ten pojedynek. Holowanie w takim miejscu jest dość wymagające, po zacięciu należy jak najszybciej i jak najwyżej poderwać rybę do góry, a później nie pozwalając rybie schodzić w dół holować ją do brzegu na pionowo uniesionym kijem... z wyprostowaną maksymalnie ręką (oczywiście stojąc). W niecałe 2 godziny miałem 20 płotek, 2 ukleje, ze 2 spady i może 5-7 niezaciętych brań (głównie na początku, kiedy dopasowywałem się do nowego kija). W połowie łowienia postanowiłem jakieś 3-4 cm przyponu kłaść na dno, od tego momentu łowiłem wyłącznie 15-18cm płotki, już fajne. Chociaż wiem, że są tam jeszcze większe, niestety... może następnym razem ;-)

Typowa płotka z Lipieńca

A teraz kilka słów o testowanym sprzęcie. Wkrętarko-wiertarka 18V plus mieszadło - super sprawa, zacznie przyspiesza szykowanie towaru, a właściwie mieszanie (na sucho czy też dowilżanie). Spławik Craluso Slider Zero - prawdopodobnie zostanie wśród moich liderów, jeśli chodzi o łowienie odległościówką. Specjalny materiał z jakich są robione spławiki odległościowe craluso powoduje, że znacznie wydłuża się ich żywotność. Czuła, dobrze widoczna antena, jedynie mógłby ustawiać się nieco szybciej. Po pierwszych rzutach konieczne jest liczenie sekund do ustawienia się spławika, podczas łowienia każdy dłuższy czas świadczy o braniu w opadzie (złowiłem 2 ukleje) czy też o splątaniu zestawu. No i sam kij. Tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń, byłem bardzo zadowolony ze swojego dotychczasowego kija typu match, więc podchodziłem nieufnie, ale... no nie ma się do czego przyczepić ;-)



Kiedyś łowiłem tu wczesną wiosną,
wtedy nie było aż tak zarośnięte ;-)
Drugiego dnia udało mi się zrobić szybki wypad na mały stawik, na którym łowiłem już w poprzednich latach. Tym razem sprawdzałem spławik, w którym pokładam duże nadzieję, jeśli chodzi o łowienie batem. Tym spławikiem jest Garbolino model DS9 o ile dobrze pamiętam, wrzucałem już fotki w jednym z poprzednich wpisów. I tu muszę przyznać, że miałem "czuja" ;-) Spławik spisywał się idealnie i na pewno od dziś staje się moim "batowym" nr.1 do łowienia dalej niż 4metry od brzegu. W 50 minut złowiłem około 15 karasi na pół dłoni, w tym jednego dłoniaka. Ryby zameldowały się w polu nęcenie (resztki z dnia wczorajszego) momentalnie, a w drugim braniu miałem już fajną płotkę (trochę ponad 20 sztuk małych płotek wpuściłem tam rok temu i co mnie cieszy - chyba się przyjęły). Kolejne branie i... dwa mocniejsze uderzenia tuż po zacięciu i nie byłem w stanie wyholować ryby! Spadła, a ja szybko (pozytywnie zaskoczony) zmieniam uklejową szczytówkę na oryginalną do Tournamenta 700 bez dwóch ostatnich rur. Zabawa świetna, a co mnie cieszy najbardziej - nie zdarzyły mi się puste zacięcia co świadczy tylko o idealnym dobraniu elementów takich jak: moment zacięcia, szczytówka, spławik, zestaw, haczyk. Za kilka dni kolejne treningi, albo uklejki na rzece, albo odległościówka z krąpikami i leszczykami. I chyba już nic do testowania, wyłącznie trening udoskonalający ;-)


Tak wyglądał ten staw pod koniec
marca w ubiegłym roku ;-)
Obecność tej płotki w dobrej kondycji
najbardziej mnie ucieszyła

sobota, 27 czerwca 2015

Koledzy z klubu Sensas Haczyk z medalami MO!

Andrzej pierwszy z lewej
Grzesiek w białej koszulce
To był bardzo udany środek czerwca dla kolegów z Klubu Sensas Haczyk, którego i ja jestem zawodnikiem. W dniach 13-14 czerwca na Zalewie Zemborzyckim zostały rozegrane Spławikowe Mistrzostwa Okręgu PZW Lublin w kategoriach: kobiet, kadetów, juniorów i U23. Barwy naszego klubu wśród pań reprezentowała Joanna Zalewska, która ostatecznie zdobyła brązowy medal! Udało mi się chwilkę podpatrywać Aśkę i... widać stały postęp, kolejne treningi i zawody, a także nabyte doświadczenie na pewno będzie procentowało w przyszłości. Czy mogło być lepiej? Trudno powiedzieć, niech ten brąz będzie zachętą i mobilizacją.

W kategorii juniorów po raz ostatni wystartował Grzegorz Błaszczyk, który w poprzednim sezonie stanął na 2 stopniu podium i uważany był za jednego z faworytów. Ostatecznie... ponownie zakończył zawody ze srebrem, jednak tym razem zabrakło bardzo niewiele (35 gram) do złota. Również przez chwilę miałem okazję patrzeć na to co robi Grzesiek w sobotę. Pamiętam go jeszcze sprzed 3-4 lat, kiedy nie reprezentował barw naszego klubu. Różnica jest ogromna. Teraz to doświadczony, już utytułowany wędkarz, spokojnie i świadomie podchodzący do sytuacji nad wodą. W sobotę, kiedy początkowo mu raczej nie szło, postawił szybko i sprawnie przestawić się na łowienie... płotek! Jako jedyny z sektora juniorskiego do wagi przedstawił większość ryb tego gatunku, warto zaznaczyć, że na końcową wagę (niemal 4kg) sobotniej tury miał tylko 1 leszczyka! Sobotnia "3" sektorowa w tej sytuacji mogła cieszyć i dawać szanse na atakowanie wyższych pozycji w niedzielę, co też się stało. Tym razem Grzesiek nie miał sobie równych i spokojnie wygrał sektor, niestety... zabrakło 35 gram do złota. Jednak tymi zawodami Grzesiek udowodnił, że należy do ścisłej czołówki Okręgu Lubelskiego jeśli chodzi o juniorów.

Tydzień później na rzece Wiśle w Wólce Profeckiej rozegrane zostały Mistrzostwa Okręgu seniorów. Barwy klubu Sensas Haczyk reprezentował Andrzej Wasil, natomiast inni nasi klubowicze reprezentowali swoje macierzyste koła: Tomasz Cieniuch - Lubartów Huta Szkła i Paweł Hondra - Siedliszcze. Tutaj bardzo przydatny był piątkowy trening, który przeprowadzili Andrzej z Pawłem. Taktyka była bardzo prosta - łowić ukleje blisko brzegu, nie było ich dużo, ale przy braku średniej ryby to były pewne punkty. I rzeczywiście, krąpie jeśli były to bardzo drobne i nieliczne. Andrzej dość szybko zaczął łowić wyłącznie krótkim kijem, co ostatecznie dało mu zwycięstwo w sektorze! Gdyby Paweł szybciej zdecydował się na odławianie małych, srebrnych rybek to też mógłby być wyżej, a tak skończył na równie dobrym 3 miejscu. Niedziela mogła być trudniejsza - większość zawodników mogła się nastawiać na dłubanie przy brzegu, ale przeważnie większość osób drugiego dnia musi atakować a nie bronić się, a to można uzyskać wyłącznie poprzez dobrania się do większej liczby krąpi bądź sporych leszczy. Ponownie bardzo dobrze wypadł Andrzej zajmując 4 miejsce w sektorze, natomiast 2 był Tomek Cieniuch. Andrzejowi dało to ostatecznie tytuł v-ce mistrza Okręgu 2015, Tomek kończy mistrzostwa na miejscu 9 a Paweł jest 19. Gratulacje!

Przed nami jeszcze MO weteranów, a tam zapewne będzie startował nasz prezes Piotrek - czekamy na złoto! :-)


poniedziałek, 1 czerwca 2015

ABC...

Gotowe by łowić ;-)
No to zaczynamy... czyli wracamy do pierwszych kroków w wędkarstwie wyczynowym. Spoglądając w przeszłość, to dość nietypowo zaczynałem swoją przygodę z zawodami spławikowymi. Na pierwszy ogień poszła odległościówka, najpierw uczenie się takiego łowienia, a później pierwsze starty w zawodach koła, towarzyskich, a także debiut w zawodach z cyklu Grand Prix Okręgu. Co ciekawe - sam kij jak i kołowrotek mam i używam do dnia dzisiejszego! Jest to Shimano Hyperloop AX FA 420 oraz Shimano Exage 3500. Następnie dokupiłem bata, Mikado Tournament 700, używany, ale w dobrym stanie. Oczywiście też mam go do dzisiaj, ten model to klasyk, którego chciałby niemal każdy wędkarz ;-) Po roku łowieniu głównie odległościówką (bat był raczej zapomniany) nadeszła pora na zakup tyczki. Wybór padł na Sensas Crazy Power 500, również używany, ale w dobrym stanie. Powoli dokupowałem do niego kolejne topy, aż na sezon 2013 sprawiłem sobie Sensas Power Match 654... oczywiście, że używany, ale w bardzo dobrym stanie ;-) Tym samym CP500 został kijem zapasowym oraz rzeczno/karpiowym, zgodnie zresztą ze swoim przeznaczeniem. Dopiero w ostatnim czasie skompletowałem 3 długości uklejówek Mikado Black Draft oraz dodatkowo 6 metrowy bat Jaxon Profix. Jakiś powrót do łowienia krótszymi kijami zauważyłem u siebie w poprzednim roku, oczywiście głównie rekreacyjnie ;-) Okres wakacyjny chciałbym poświęcić właśnie na takie łowienie, tym bardziej że zapowiadają się 2 zawody, umiejętności łowienia krótkimi kijami może być kluczowa... Także taka odwrócona kolejność, bo przeważnie przymierzając się do zawodów odkrywamy kolejno: 1) bata, 2) tyczkę, 3) odległościówkę.

piątek, 22 maja 2015

Gaszę światło...

Przypatrzcie się uważnie, to jedyna okazja aby obejrzeć moje
plecy ;-) W tabeli z wynikami nie mam na kogo się oglądać ;-)
Nie tak miały wyglądać zawody Lubelskiej Ligi Spławikowej PLWS w Krynicach w moim wykonaniu. To była totalna porażka i gdyby nie świadomość tego, to ten "wędkarski dzień" można by spisać zupełnie na straty. Wieczór przed zawodami postanowiłem całkowicie zmienić swoje założenia co do przygotowania się do zawodów. Poszedłem na całość, licząc że w razie co będę łowił wszędobylską płotkę. Oczywiście nastawiałem się na ryby bonusowe w postaci karasi srebrzystych, które w tej wodzie są z przedziału od pół do lekko ponad kilograma. Postanowiłem podać dużo mięsa (duży biały, pinka, czerwony), konopie i kukurydzę w dość tęgiej mieszance. I to niestety był błąd. Bolesny... Najsłabszy wynik w zawodach, ostatnie miejsce w sektorze, brak kontaktu z większą rybą. Alternatywą miało był łowienie płotek batem 3-4m, niestety... Płotki były przy brzegu przez jedynie pierwsze minuty. Dość sporych rozmiarów, ale z czasem ten punkt nęcenia zdominowały niemal przezroczyste płoteczki, które nawet trudno było zaciąć. No cóż, czasami trzeba zrobić krok do tyłu, aby później pójść na przód. A to później... zapowiada się na lipiec, a może jeszcze później... Powoli wychodzi brak obłowienia i treningów, takie zawody z doskoku nie mogą kończyć się udanie, może pora wrócić do podstaw i spokojnie spędzić czas na treningach odpuszczając zawody? Zobaczymy...

Relację z zawodów, wyniki i zdjęcia znajdziecie w linku poniżej:
Relacja z 2 tuty Lubelskiej Ligi Spławikowej PLWS,  16.06.2015 Krynice


środa, 13 maja 2015

Słaba niedziela popsuła humor...

Grand Prix Okręgu PZW Lublin w Łukowie... mam miłe wspomnienia z tego miejsca, to przecież tutaj miałem pierwszą sektorową "1", powtórzoną zresztą dzień później i tym samym po raz pierwszy (i jedyny do tej pory)
Tomek Iwanowski - 1 tura, 6 600pkt
wygrałem duże zawody okręgowe. To już historia, miła, ale trzeba iść na przód i nie żyć przeszłością ;-)
Tym razem zalew "Zimna Woda" zaskoczył jeśli chodzi o rybostan. Ostatni raz takie wyniki na dużych zawodach były chyba z 3-4 lata temu. Nawet niewymiarowe okoń i wzdręga nie przeszkadzały tak, jak to zwykle tutaj bywa. Dużym urozmaiceniem oprócz tradycyjnych płotek były karasie, które dominowały niemal na połowie stanowisk.
W sobotę wylosowałem dobry sektor, przeważnie najrybniejszy. Stanowisko C6 obok Tomka Iwanowskiego, którego zawsze warto podglądać. I szkoda, że nie mogłem tego robić tego dnia, Tomek pokazał prawdziwy pokaz łowienia "wykręcając" najlepszy wynik całych zawodów, 6 600 punktów! Równo, bez zawrotnego tempa, ale raczej bez przerw, czyli całe 4 godziny łowienia... W sumie Tomek donęcał chyba 4 razy, a ilość ryb jaka nas dzieliła możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach. Ja miałem niezły początek, w jakieś 20 minut 6 ryb a później... Słabizna. Częste przerwy, po 2-3 ryby i znowu przerwa. Zadowolony mogę być dopiero z ostatniej godzinie, w której to być może w 60% zbudowałem swój końcowy wynik. Niemal 3,5kg ryb daje mi sektorową 4, nie jest źle. W ostatnich minutach miałem już na topie dużego leszcza (na pewno ponad kilogram), niestety zszedł z haka. Zresztą i tak nie wiem czy bym zdążył go wprowadzić do podbieraka, bo niebawem zabrzmiał sygnał końca zawodów. Jednak ta ryba pozwoliłaby mi spokojnie wskoczyć na miejsce 3, ale 2 raczej było poza zasięgiem. Ale na "niewyjęte się nie gra" więc nie ma o czym mówić...

1 tura, 3 455pkt
Niedziela to stanowisko B9, na B7 kolega z klubu z sektorową "3", po prawej ręce Bartek Sobolewski z "1" a na B11 Marcin Kot z "2". Mocne towarzystwo ;-) Chłopaki mocno zaczęli, łowili niemal od początku, ja po 10 minutach mam coraz mniej ryb, aż... chyba z 30 min nie miałem nawet brania. Ponownie nierówny przeplataniec, donęcanie kubkiem wprowadziło płotki na stałe i w ostatnie 2 godziny złowiłem 40 z 59 ryb. Niestety, są to płotki mniejsze niż w sobotę, więc i wynik wagowy gorszy. W dodatku zajmuje odległe, 9 miejsce w sektorze, w wyniku którego spadam daleko w klasyfikacji indywidualnej, a i (niestety) poważnie osłabiam drużynę, która po pierwszym dniu miała 3 miejsce w drużynówce ze stratą jedynie 2 oczek sektorowych do miejsca pierwszego.

2 tura, 2 655pkt
Ogólnie niestety nie mogę zaliczyć tych zawodów do udanych. Jeśli jeszcze sobota była OK, to w niedzielę wyszło fatalnie. Dużo "materiału" do przeanalizowania, niestety ciągle kilka błędów, na szczęście jestem ich świadomy ;-) Do poprawienia na pewno odpowiednie zanęcenie ryb, aby właściwie przez 4 godziny łowić bez donęcania. Wydaje mi się, że w niedziele podszedłem zbyt bojaźliwie do ryb, w końcu sobota była rybna jak na ten zbiornik, można było dać znacznie więcej spożywki jak i jokersa, szczególnie w te początkowe, od razu pracujące kule. Podsumowując - miejsce 17 było by nie najgorsze, gdyby nie frekwencja... startowało jedynie 37 seniorów i tutaj już nie wygląda to tak różowo, przynajmniej w moim odczuciu. Drużyna z miejsca 3 spada na 6. Szkoda. Pięciu chłopaków z klubu łapie się do czołowej "15", to na pewno dobra wiadomość.
Okazja do "odrobienia pracy domowej" będzie dość szybko. 16 maja odbędzie się 2 tura Lubelskiej Ligi Spławikowej PLWS, a miejscem zmagać będzie zalew Krynice w okręgu zamojskim. Tam powinna dominować drobna płotka, która będzie podstawą wyniku, ale aby walczyć o czołowe lokaty należy dołowić jakieś bonusy, które są w postaci najczęściej karasi z zakresu 0,3-1kg. Tradycyjnie... mogę zapomnieć o treningu ;-) Także będę pilnie słuchał kolegów, którzy wybierają się na trening no i zobaczymy jak wyjdzie. Woda mi pasuje, na pewno nie będzie nudno ;-) Trzeba się postarać o dobry wynik, tym bardziej że zapowiada się u mnie pewnie ponad 1,5 miesięczna przerwa w jakichkolwiek rybkach ze względów rodzinnych, przecież są rzeczy ważne i ważniejsze, a ryby to TYLKO hobby ;-)

Serdecznie chciałbym podziękować za super atmosferę tym klubowiczom, którzy w Łukowie byli już od piątkowego popołudnia. Wspólne łowienie, poranne mieszanie i wieczorne grillowanie zdecydowanie "cementuje" ekipę, także pod tym względem wyjazd mega udany ;-))))

środa, 29 kwietnia 2015

Brak szczęścia = brak wyniku

Klubowa, wspólna fotka
Tylko chwilę zastanawiałem się nad tytułem tego wpisu. Bo ten tytuł pasuje do tych zawodów idealnie. W ostatnią niedzielę na rzece Bystrzycy odbył się "Puchar Hajdowa". Jeśli tylko nie ma zawodów z cyklu GP Okregu, to staram się być na nich obecny, tak też i było w tym roku. Miejsce zawodów jest bardzo charakterystyczne i powtarzalne - na treningach można coś połowić, na zawodach jest ciężko. Płytko, nieliczny rybostan, kilka dobrych stanowisk z których walczy się o czołowe lokaty, zmienny uciąg na przestrzeni nawet kilkunastu metrów, niskie wyniki. Taki jest obraz tych zawodów, więc co w nich jest takiego przyciągającego? To właśnie tutaj walczy się nie z innymi zawodnikami, a z samym sobą i wylosowanym stanowiskiem. Co innego jeśli wylosujemy w miarę dobre miejsce, bo wtedy musimy wykręcić jak najlepszy wynik, ale gdy już wylosujemy słabo to walczymy o jakąkolwiek rybę, bo tutaj często się zeruje. W pierwszym przypadku znaczną większość wyniku buduje się w pierwszej godzinie 3godzinnych zawodów - taki urok (powtarzalny zresztą). W tych słabych stanowiskach przeważnie 1 ratunkowej rybki można się spodziewać w każdej chwili. Losowanie tym razem nie było dla mnie pomyślne, sam numerek nie był zły - 4 oznaczała łowienie bliżej mostu i okolice lepszego odcinka rzeki. Niestety, po przybyciu na stanowisko nie było już tak różowo. Na przeciwnym brzegu centralnie rosły spore krzaki i drzewka, a gałęzie sięgały do 2 metrów nad wodę (uniemożliwiając zacięcie). Dobrym znakiem była duża kępa trzcin na przeciwległym brzegu, ale nie mogłem ich sięgnąć, w dodatku na moim stanowisku rzeka była zdecydowanie węższa (kolega z klubu łowiący po prawej stronie łowił wędką o 2 elementy dłuższą, spokojnie pływając bliżej przeciwległego brzegu). Płytko, większy uciąg, siedzenie na skraju stanowiska i pływanie po metrowym odcinku nie wchodziło w grę - tutaj ryby ustawiają się przeważnie na rozmyciu. No nic, liczyłem, że będzie dobrze ;-) Po kilkunastu minutach wiedziałem, że podium jest raczej nie realne, 3 osoby z dobrych stanowisk łowiło ryby, ja miałem jedno szybkie, niezacięte branie i zero w siatce. W pierwszej godzinie trafiły się dwa jazie, niestety... dużo niewymiarowe, nie miały nawet 20centymetrów, a nawet zastanawiam się, czy nie złowiłem dwukrotnie tego samego osobnika ;-) Później było wielkie nic, w połowie zawodów udało się złowić kiełbia, także 5gram było gwarantowane ;-) Niestety, na tym się skończyło. Całe zawody drużynowo poszły nam nieźle, bo kolega z klubu je wygrał ustanawiając chyba rekord ostatniego dziesięciolecia zawodów jak nie lepiej - Rafał miał 2 400 punktów łowiąc 14 ryb co daje sporą średnią ponad 170 punktów na rybę! Świetny wynik! Kilka lat temu zajmując 2 miejsce miałem 17 ryb i wagę około 850gram, jest różnica, prawda? Trzecie, czwarte i piąte miejsce również należało do nas, co może potwierdzić słusznie przyjętą taktykę, a raczej podejście do tych zawodów. No i tytuł mistrzowski po raz drugi (i z rzędu) zostaje w naszych rękach ;-)

Przy takim wyniku punktowym trudno podać skład mieszanki, chociaż jakieś ryby w okolicach nęcenia się kręciły. Ubogo, mało, na ciemno brązowo, dość luźo - tak w skórcie można to opisać ;-) 1 litr optymalnie domoczonej zanęty SARS płoć, po paczce gliny wiążącej i rozpraszającej, do tego nie więcej niż 200ml joka, w niektórych kulach odrobina kleju. Walczyłem zestawami 2gr liść (do szybkiej przepływanki), 4 gr bombka, 6 gr liść i 10gr liść. Najczęściej do boju posyłałem właśnie te ostatnie zestawy.

Miłym akcentem zawodów była jedna z nagród specjalnych dla mojej osoby - za częste uczestnictwo w tych zawodach ;-) Dziękuję organizatorom, nie spodziewałem się ;-) Oprócz najlepszych zawodników obdarowano jeszcze 3 kolegów, którzy najczęściej bywają na tych zawodach, najmłodszego uczestnika oraz łowcę... żółwia czerwonolicego ;-)

niedziela, 19 kwietnia 2015

Bezrybie...

W tym roku członkowie Klubu Sensas Haczyk zadecydowali, że spławikowy mistrz zostanie wyłoniony z 3 jednodniowych tur. Bardzo fajny pomysł, sam również go popierałem, tym bardziej, że każde z łowisk będzie inne - przynajmniej teoretycznie, czyli: rzeka, drobna ryba, łowisko komercyjne.
Pierwsza tura została rozegrana na rzecze Wieprz niedaleko Dęblina. Dzień przed zawodami trenowało tam 3 kolegów, a wyniki wahały się od 2500 do 3000pkt. Niestety. Była to już tendencja spadkowa, bo jak wynika z moich późniejszych informacji - w czwartek można było zrobić wynik w granicach 5-6tys punktów. Jak to na razie w tym roku bywa, przed zawodami następuje załamanie pogody z zimną nocą. To sprawiło, że zamiast toczyć bój o jak najlepszy wynik, zdecydowana większość zawodników walczyło, aby zawodów nie ukończyć z zerem. Z założenia usilnie wzbraniałem się przed łowieniem uklei. Nie wziąłem nic, co związane jest z tą metodą łowienia. Po 3,5godz zawodów wstawiłem top z żagielkiem 5gr pod nogi, złowiłem jedyną uklejkę i zacząłem się pakować... W czasie całych zawodów nie miałem nawet wyssanych robaków. Warto zaznaczyć, że na 14 osób tylko 2 łowiło nie-przypadkowe ryby z tyczki, a ich wyniki to 1 310 oraz 830pkt, gratulacje Tomek i Adam. Dodam, że są to wyniki do poprawienia samymi uklejami łowiąc je przez 4h tego dnia. Ale to były takie zawody, że każdy wolał "połowić", a później się "przełamać" bądź "coś wykombinować". Niektórzy walczyli do końca, niektórzy zaczęli łowić uklejki od połowy zawodów bądź w końcówce. Wielce prawdopodobne jest, że na pozostałych 2 turach będę nieobecny, więc walka o lokaty u mnie zupełnie odpadała.

Warto dodać, że zwycięzca zawodów siedział obok mnie, miał 9-10 ryb a ja okrągłe 0 ;-) Czyli w pobliżu były, trzeba było tylko umieć je złowić.

Przypominam wpis z października 2013 roku, tu treningowo spotkaliśmy się na innym odcinku Wieprza. Jak widać, król rzek w naszym klubie jest tylko jeden ;-)

A tutaj krótka relacja z zawodów, wyniki oraz zdjęcia:

W najbliższą niedzielę Puchar Hajdowa na rzece Bystrzyca. Ciężkie zawody, bo mało ryb, przeważnie stanowiskowe, płytka mała rzeczka, zawsze sporo zer. Ale jak tylko w tym terminie nie ma innych, wyższych rangą zawodów, to jakoś lubię tam startować... ;-) Kto wie, może mi przejdzie po najbliższej niedzieli hehehe ;-)

czwartek, 16 kwietnia 2015

Jest co nadrabiać...

Ruszyła Lubelska Liga Spławikowa, rozgrywana w ramach Polskiej Ligi Wędkarstwa Spławikowego. W rozgrywkach województwa lubelskiego bierze udział 15 drużyn złożonych z 3 zawodników. W niedzielę 12 kwietnia areną zmagań podczas 1 z 3 tur był Kanał Stężycki. Co prawda na treningu nie byłem, ale mniej więcej wiedziałem czego się można spodziewać. Niestety, kilka popełnionych błędów zadecydowało o moim słabym wyniku. Myślałem, że znacznie gorzej pójdzie mi obsługiwanie się tyczką, w końcu po raz pierwszy w tym roku łowiłem zestawem skróconym. Z rozłożeniem sprzętu, a raczej ze spokojnym przygotowaniem się do zawodów też nie było problemów, chociaż tutaj miałem pewne obawy - zawsze idzie mi to ślamazarnie. Wyłapałem już kilka rzeczy, które mogę zrobić inaczej znacznie oszczędzając czas. Jedną z opcji łowienia była odległościówka - raczej nie przydatna na tym łowisku wczesną wiosną, ale trudno opanować moje ciągoty ;-) Na szczęście wiał taki wiatr, że na rozłożeniu wędki się skończyło, nie gruntowałem jak i nie otwierałem worka z zanętą i gliną przygotowaną na takie łowienie. Ze względu właśnie na mocny i porywisty wiatr zdecydowałem skrócić się o 1 rurę, a dodatkowo postanowiłem zanęcić miejsce o kolejne 2 rury bliżej oraz tuż za trzcinami (w zasięgu bata). To właśnie łowienie batem oraz skrótem dawało na treningu małe, jednak pewne płoteczki. Na dystansie 11 metrów planowałem podać towar możliwie jak najbardziej wygrubiający płotki, jednak nie powodujący ich szybkiego nasycenia konkretnymi kąskami. Pierwsze 40 minut minęło całkiem nieźle, miałem 13 rybek w siatce. Niestety wszystkie z "11", pod batem i skrótem totalne zero. Później było coraz gorzej... Złapałem może ze 3 tempa, gdzie w ciągu 10 minut odławiałem 4-6 rybek, ale były też długie przestoje z niczym, a najdłuższy, w środku zawodów trwał chyba z godzinę. Mój końcowy wynik to... 740 punktów, daje mi to 11 miejsce w sektorze. Wspomniałem o błędach, które popełniłem, na pewno do nich można zaliczyć:
- w ciężkich warunkach pogodowych (słaba widoczność, deszcz, słońce za chmurami) koniecznie muszę zakładać jeden zestaw z dobrze widoczną antenką. Pogodę zawsze można sprawdzić, także wiadomym jest czego się można spodziewać. Momentami ( na szczęście krótkimi, zupełnie nie widziałem szklanej antenki mimo zmiany kolorów, nie wspominając już o metalu)
- przy wstępnym nęceniu dałem za dużo zanęty spożywczej. Należało wrzucić około pół litra gotowej spożywki w 6-8 litrach gliny. Ja wrzuciłem ciut ponad 2 razy więcej w 4 litrach gliny.
- należało bardziej skleć mieszankę, czy to za pomocą wody czy kleju. U mnie zanęta była niedomoczona, nastawiona na mocną pracę, a mieszanka glin również należała do tych z przedziału szybko obsypujących się.

Co dokładnie zmieszałem? Zanęta to prawdziwy super mix ;-) Wrzuciłem po pół opakowania SARS Grand Roach Noir, SARS Lin,Karaś, Sensas Explosive Gardons oraz Sensas Super Black Etang. Wychodzi za dużo? Dobre 2 litry nawet nie zostały rozpakowane z worka pod odległościówkę, a trzeba pamiętać, że nęciłem 3 miejsca. W dodatku niemal litr zabrałem do domu (zamrażalka). Gliny jakie zastosowałem po 2kg ziemi bełchatowskiej, argile czarnej i rozpraszającej czarnej wszystko Gienek Gliny. Do wody poszło jakieś 0,35L dżokersa, odrobinę pinki, sporo gotowanych ziaren konopi i trochę konopi prażonej. Na haczyku zdecydowanie najlepiej sprawdzała się pinka z ochotką po 1 larwie.
No cóż, nie zawsze się wygrywa ;-) Jednak trzeba się zdecydowanie polepszyć. Czy uda się w kolejnych dwóch turach zająć miejsce w pierwszej "5" sektora? Zobaczymy, nie odpuszczam i jak to mówi Pudzian: "tanio skóry nie sprzedam" :-D

A w najbliższą sobotę również 1 z 3 zaplanowanych tur Spławikowych Mistrzostw Klubu Sensas Haczyk. Niestety, prawdopodobnie będzie to moja jedyna tura w tych zawodach - cóż, selekcja zawodów ważnych i ważniejszych w "okrojonym" sezonie. Także następny wpis tuż po zawodach na rzece Wieprz, mam nadzieję, że spotkamy się w znacznie lepszych humorach ;-)

RELACJA Z ZAWODÓW LUBELSKIEJ LIGI SPŁAWIKOWEJ - 1 tura STĘŻYCA


środa, 8 kwietnia 2015

Wczesna wiosna pod znakiem odległościowych testów

No i udało się ;-) Na spokojnie mogłem połowić sobie 3 różnymi wagglerami, które przedstawiałem we wpisie z 14 lutego tego roku (dlatego też nie będę wstawiał ponownie zdjęcia). Poniżej przedstawiam Wam moją ocenę, a raczej hierarchię pod względem niektórych ich właściwości. Nie stosuję ani ocen szkolnych, ani skali 10 punktowej. Porównuję jedynie te trzy modele w następujący sposób: miejsce 1, 2 i 3 - gdzie 3 to także dobra ocena, jednak gorsza od 2 i znacznie gorsza od 1.
Na początku sezonu i taka płoteczka cieszy ;-)

Pierwsze wrażenie:
1 Maver, 2 Vimba, 3 Dino.
Miejsce pierwsze to Maver, na pierwszy rzut oka jest to spławik idealny dla mnie i pod moje "charakterystyczne" łowienie (odległościówka przelotowa z zastosowaniem wagglera po zdjęciu krążków). Po pierwsze - po zdjęciu krążków zyskujemy ponad 5gr na żyłkę, a sam spławik ma swoje obciążenie około 7gr. Krótka antena z pawiego pióra, możliwość zastosowania antenek na węglowym kilu czy antenki plasitkowej przeciętej (tzw. tubowej). Spławik ten ma lotki, które mają za zadanie stabilizację lotu. Na pierwszy rzut oka nie ma do czego się przyczepić. Wszystko wygląda solidnie.
Miejsce drugie to typowy slider od Vimby. W sumie miejsce 2 tylko dlatego, gdyż za bardzo nie pasują mi typowe slidery oraz w mojej pamięci jest spławik z miejsca 1 ;-) Trudno o coś lepszego. W dodatku Vimba to już tradycyjnie bardzo dobry wyrób za rozsądną cenę. Miejsce 3 to Dino Logic - niby fajny, ale... mam problemy z wciśnięciem antenki na węglowym kilu (na kilu jest igielitowa koszulka, bez której antenka osadzi się za luźno i na 100% wypadnie) do adaptera, niby wchodzi, ale nie mam pewności czy wystarczająco. Za 3 czy 4 razem odpada adapter... Złamał się ;-) Wklejam antenkę z węglowym kilem na stałe za pomocą kleju "kropelka". Wykonanie spławika nie jest złe, jednak wydaje mi się, że 23zł to cena zawyżona o 6-8zł.

Kierunek i odległość lotu:
1. Maver, 2. Dino, 3. Vimba
Po raz drugi zwycięzcą czarny stary Maver no-name ;-) Leci jak strzała, prosto i daleko. Daleko, czyli na taką odległość jaką można by się spodziewać. Dino natomiast wydaje się lżejszy, nie ma lotek, wbudowane jest dłuższe pawie pióro. Może nie leci aż tak daleko jak Maver o tej samej gramaturze, ale mając wiatr w twarz dorzucałem na 30 metr, co mogę uznać za odległość satysfakcjonującą. Na trzecim miejscu Vimba, może tylko dlatego, że ciągle działa moje przyzwyczajenie... nie "czuję" typowych sliderów, właśnie głównie podczas zarzucania. Wydaje mi się, że znacznie lepiej potrafię "ułożyć" zestaw na wodę w ostatniej fazie lotu, gdy spławik ma w sobie co najmniej 5gr wbudowanego obciążenia.

Czułość i widoczność brań:
1. Dino, 2. Maver, 3. Vimba
Właściwie do każdego modelu spławika zastosowałem antenki od... Dino Logic. W przypadku dwóch pierwszych miejsc była to mała antenka na węglowym kilu, w przypadku Vimby tubowa, przecięta nakładka. Widoczność antenki - nie ma się czego czepić, a łowiłem już spławikami, gdzie lakier był tak słaby, że z 30 metrów nie było w ogóle widać anteny. Pierwsze miejsce to Dino, gdzie przy braniach zanurzanych można go porównać z Maverem, ale przy wynoszonych ma znaczną przewagę (wychodzi szybciej i więcej anteny dzięki zastosowaniu dłuższego pawiego pióra). Na trzecim miejscu Vimba, łowiłem ryby drobne więc tutaj nie było czym się popisać. Potrzebne były antenki czułe i szybkie, w dodatku do tego slidera możemy zastosować wyłącznie antenę tubową (oryginalna antena jest mało widoczna). W przypadku spławików Dino i Maver, dzięki adapterom wklejonym w spławiki możemy zastosować również grubsze anteny, np. wspominany tubowy.

Wytrzymałość mechaniczna:
1. Vimba, 2. Dino, 3. Maver
Po każdym łowieniu dokładnie obejrzałem spławiki. Rewelacyjnie pod tym względem spisał się slider Vimba. Nie widać było żadnych śladów użycia! Żadnych! A w tym przypadku na zestawie zamontowana była najcięższa, bo aż 14gr oliwka. Na tyle byłem zadowolony z tego faktu, że przy chowaniu wędki do pokrowca nie odpiąłem spławika. Po powrocie do domu okazało się, że jest małe wgłębienie (stłuczenie na korpusie podczas transportu). Kilka machnięć pędzelkiem z lakierem i spławik gotowy do kolejnego użycia. Dino natomiast miał na sobie 2 malutkie wgłębienia. Jednak nie były to pęknięcia, także spokojnie można go użyć bez wcześniejszego, reanimacyjnego podlakierowania. Najgorzej próbę wytrzymałości przeszedł Maver. Pęknięcia, obicia, odpryski lakieru. Po 3 godzinach łowienia wyglądał na mocno sponiewierany. Być może jest to wina starszej technologii lakierowania korpusu, przecież spławik ten znalazłem zakurzony, gdzieś daleko na sklepowej półce. Leżał tam pewnie dobre kilka lat, do tego stopnia, że nie potrafiłem odnaleźć jego nazwy modelu w przeglądarce internetowej. Ten spławik po kilku łowieniach nada się do kosza bądź... gruntownego remontu.

Mimo iż każdy ze spławików ma wady jak i zalety, to na pewno przeszedł test i zostanie dołączony do mojego wędkarskiego arsenału. Jednak każdy z nich ze względu na swoje cechy powinien być zastosowany do innego łowienia, a mianowicie:

Maver "no name" - ze względu na swoją "delikatność" użyję wyłącznie do zadań specjalnych, czyli tam gdzie nie trzeba będzie mocno, szybko i często "orać". Doskonale spisze się przy mocnym wietrze oraz tam gdzie zasięg będzie miał znaczenie. Konieczność dokładnego lakierowania po każdym użyciu.

Dino Logic - chyba najbardziej uniwersalny, a przez to podstawowy spławik, oczywiście od teraz. Pod każdym względem zadowalający, jednak jak na moje odczucie - nieco zawyżona cena w stosunku do jakości. Delikatne gniazda (adaptery) do montowania wymiennych antenek to spory minus.

Vimba VO-7 - niezastąpiony spławik, gdzie będzie trzeba zapolować na średnie i większe leszcze. Nieco wolniejsza sygnalizacja brań wtedy będzie atutem, tak samo jak na dnie haczyk będzie delikatnie zaczepiał o jakieś patyczki, kamyczki, glony. Szybka antena wskaże nam branie (niepotrzebne zacięcie i strata czasu), a w tym przypadku gdy już nastąpi powolne branie większej i ostrożnej ryby - będziemy pewni, że hak jest w pysku.

Warto dodać, że każdy spławik miałem okazję przetestować przez 2-3 godziny ciągłego łowienia. Za każdym razem udało się mieć porównywalne warunki, delikatny wiatr z częstymi, mocniejszymi podmuchami. Gramatura spławików to: Maver 14, Vimba 16 i Dino 14gram. Zestaw do każdego ze spławików wyglądał identycznie: stopery z żyłki, spławik na łączniku przelotowym jaxon, śrucinka blokująca, oliwka (w przypadku Maver i Dino 4gr, dla Vimby 14gr), krętlik, około 60cm odcinek fluorocarbonu z 2-3 śrucinami (dość sporymi, nie mniejszymi niż nr1 czyli około 0,3gr), krętlik i 25cm przypon. Uważam, że jest to najłatwiejszy zestaw do odległościówki. Gdybym łowił na spławik mocowany na stałe - zrezygnował bym z oliwki i ołowiu między spławikiem, a pierwszym krętlikiem. Można stosować wianuszki ze śrucin, węglowe pręciki, amortyzatory... ale żadne "cuda" nie zastąpią techniki i ćwiczeń (czyli doświadczenia). Testy wykonywałem od razu po zimie, czyli kilkumiesięcznej przerwie w łowieniu i po kilku rzutach nastąpił już jakże ważny w tej metodzie -  automatyzm, spokój i pewność. Chociaż (niestety) spławika idealnego dla siebie nie znalazłem, może taki nie istnieje, bądź jeszcze nie został zrobiony? ;-)


W najbliższą niedzielę ważne zawody. W województwie lubelskim rusza Polska Liga Wędkarstwa Spławikowego. Aż 15 trzyosobowych drużyn z 3 okręgów (Lublin, Chełm, Zamość) zmierzy się na Kanale Stężyckim. Na pierwszy rzut oka - łowisko z potencjałem na zawody dla spokojnie 80-100 (!!!) zawodników. Aż dziw, że jest ono wykorzystywane jedynie pod zawody kołowe. Mam cichą nadzieję, że wyniki wagowe będą zadowalające. I mam także nadzieję, że kluczową metodą okaże się... odległościówka ;-)