wtorek, 2 września 2014

Urlopowe wędkowanie cz.3

 Podczas tegorocznego urlopu po raz pierwszy wędkowałem na jeziorze Lipieniec. Brzegi jeziora są mocno zarośnięte, właściwie jest tylko kilka "dziur" z których można wędkować. Wysokie trzciny i otaczający las znakomicie maskują to łowisko, które... wydaje mi się, że nie jest mocno odwiedzane przez wędkarzy. I to już mi wystarczało - musiałem sprawdzić co tam pływa ;-) 
Tradycyjnie spławik zamontowałem przelotowo - stosuję zwykłe  wagglery, którzy inni montują na stałe. Ja wybieram te, które mają wiele zdejmowanych krążków, następnie zdejmuje tyle, aby na żyłkę dać w granicach 3-4 gram, to przeważnie w zupełności wystarcza. Przy gruntowaniu zdejmuję wszystkie krążki po to, aby spławik jak najszybciej pojawił się na powierzchni. Po zarzuceniu wstępnie oznaczam odległość łowienia. Nie napinam żyłki - musi być luźna, aby spławik wypłyną dokładnie pionowo. Dopiero jeśli się pojawi, zwijam i powoli "zjeżdżam" z żyłkowym stoperem niżej, aby znaleźć głębokość. Gdy już ustaliłem głębokość we wstępnym miejscu łowienia, za pomocą stopera reguluję głębokość i sprawdzam ułożenie dna kilka metrów przed, za i w boki od wstępnego miejsca. Dopiero wtedy wybieram ostateczny punkt łowienia, zaznaczam markerem na żyłce, przeciągam w odpowiednie miejsce stoper i ostatecznie gruntuję - dla pewności. Gruntuję od razu z przyponem, a na haczyk zaciskam dużą śrucinę. Okazało się, że miejsce w którym będę łowił ma troszkę ponad 4 metry. Czy aby nie za głęboko? Zobaczymy...


Już po niecałych 10 minutach pierwsze branie i... siedzi! Pierwszą rybą 
okazuje się płotka, na oko z 15 centymetrów. Po kilku kolejnych minutach kolejne branie, to już jest większa rybka. Wysoko pionowo podnoszę kij, staram się trzymać rybę jak najdalej od dna - jest tutaj sporo podwodnego zielska, miękkiego, ale zawsze może spowodować to stratę ryby. W związku z tym, że siedzę krzesełkiem w wodzie podbieram rybę ręką - piękna płoć! Na pewno ma z 200 gram, rzadko takie łowię.
Na rozpoznawcze łowienie miałem niewiele czasu, może z 2,5 godziny. W tym czasie miałem kilkanaście ponad 25 centymetrowych płoci, kilka "nastek" i tylko 2, całkiem niezłe koluchy. Liczyłem, że przy tak "opustoszałym" jeziorku rybą dnia będzie: koluch, mikro krąp czy karaś srebrny - czyli szara rzeczywistość coraz częstsza na jeziorach PZW.
Do samochodu wracam zadowolony z 2 powodów - udało się połowić odległościówką jak i udało się złowić fajnych płoci. Za kilka dni pojawię się tu ponownie... zobaczymy, czy skuszę je bliżej brzegu!
 Trzy dni później to samo miejsce, inna metoda - łowię 7 metrowym batem, a koszem ustawiam się maksymalnie daleko w wodzie. Sięgam głębokości 1,5 - 1,7m czyli jest OK, w dodatku nie wyciągam zielska na haczyku. Tym razem w przeciwieństwie do ostatniego wędkowania tutaj zanętę SARS Lin/Karaś mieszam pół na pół z zanętą tej samej firmy - Grand Roach. Gliny te same, argilla Gienka oraz odrobina glinki Extra Górka. Ryby były - bez (ponownie) 2 koluszków same płotki. Niestety, takiej ponad 20 centymetrowej nie udało się złowić. Ponownie około 2,5h łowienia i 3kg w siatce! Całkiem nieźle, jak na rekreacyjne łowienie - jest potencjał, uzbrojonym "po zęby" można by tu ładnie śmigać tyczką bądź dłuższym batem.

Powoli zbliża się koniec urlopu - pogoda dopisała, a mi udało się średnio co 3 dni być na rybach - może nie były to długie wypady, ale na pewno tego mi trzeba było ;-) Szkoda tylko, że łowienie w rzece nie było takie jakie planowałem, ale z naturą nie wygram...

O mały włos, a podczas urlopu nie odwiedził bym mojego "sztandarowego" łowiska w tej okolicy - jeziora Glinki.
 Dzień przed wyjazdem pojawiłem się skoro świt z odległościówką, prognoza pogody nie wróżyła za dobrej pogody, ale i tak przez całe 2 tygodnie było wręcz idealnie. Słońce dopiero co wychodziło zza lasu, piękny widok. Szybkie rozkładanie sprzętu i... deszcz? Momentami tak lało, że musiałem przyhamować przygotowania i schować się pod parasolem, gdy tylko deszczyk zmienił się w drobne kap-kap zacząłem nęcić.

 Pogoda tego dnia dawała popis, raz padało mocniej, raz mniej, raz wiało, raz przecierało się słońce. Zapewne ciśnienie też musiało skakać, ryby żerowały chimerycznie i nierówno - były okresy dobrych brać, by po kilku minutach nastawała kilkunastominutowa cisza. Łowiłem standardowe, tutejsze ryby, czyli głównie krąpiki, ale były też wzdręgi, płotki, może ze 2-3 uklejki. Większych leszczy zabrakło. Udało się przechytrzyć kilka takich około 25-30 centymetrowych, ale to nadal kwalifikuje się jako leszczyk.
 Ryby bardzo dobrze reagowały na donęcanie mocno mięsnymi kulkami gliny, cięty czerwony plus kilka białych i pinki. Na Glinkach nie należy zapominać o kukurydzy, jest to bardzo dobra przynęta jak i zanęta - nie raz zakładając na haczyk kukurydzę wygrubiałem ryby łowiąc je batem blisko brzegu.
Zanęta - standardowo jak przez cały urlop. SARS z którego jestem bardzo zadowolony, w pełni spełnił moje oczekiwania co do zanęty. Tym razem użyłem jasnej, słodko-piernikowo pachnącej Grand Bream z
dodatkiem około 20% Lin Karaś. Właśnie zanęta Lin Karaś jest dla mnie największym zaskoczeniem. Już dawno nauczyłem się nie zwracać uwagi na nazwy zanęt - patrzę na granulację, skład (jeśli potrafię coś wyłapać), kolor, zapach i pracę. Ciemno brązowa, o zapachu czekolady, niepracująca i obsypująca się zanęta Lin Karaś okazała się znakomitym "dopalaczem", szczególnie na większe płotki.

Następnym razem w tych okolicach pojawię się już raczej ze spinningiem, a że spinningista ze mnie "niedzielny" nie oczekujcie zdjęć z rybami ;-) Ale jeśli jakiekolwiek się trafią i będzie mi dane pomachać sztucznymi przynętami - na pewno o tym napiszę ;-)

1 komentarz: